Krzysztof
Fus… Znacie? Nie? Założę się, że tak! Niedawno obchodził
71-te urodziny, jest nestorem polskich kaskaderów. Przez 50 lat
pracy wystąpił w około tysiącu filmów fabularnych, przedstawień
teatralnych, dublował aktorów również w popularnych serialach.
Podejmował
się najtrudniejszych zadań, łamał sobie kości i kręgosłup,
poparzeń nie liczył, trzy razy znalazł się w stanie śmierci
klinicznej. Skórę na twarzy ma przeszczepioną od matki - po
wypadku w 1967 r., kiedy spaliło mu twarz - na planie „Dublerów”
Marcina Ziębińskiego urwało mu nogę. Jego opowieści to ból,
szpitale, operacje, paraliż, rehabilitacja… Kręgosłup trzyma się
na sprężynach, gdy przechodzi przez bramkę na lotnisku ciągle coś
brzęczy.
Co
wyczyniał w głowie się mieści! W filmie „Znicz olimpijski”
skakał z kolejki linowej na Kasprowy Wierch, dwa razy skok się
udał, za trzecim razem nie trafił w sosnę i z 40 metrów walnął
w ziemię! Przeżył, co zakrawa na cud!

Jego
sławie towarzyszył strach, ludzie się go bali. Dotyczy to
szczególnie jego czasów wrocławskich, gdy studiował na WSWF-ie.
Po kilku głębszych był nieobliczalny, niebezpieczny dla siebie i
otoczenia. Kopniakami wywalał drzwi, skakał po dachach, wychodził
przez okno…
Krzysztof
Fus jest teraz jest inwalidą i stroni od planów filmowych. Ostatnio
zrobił wyjątek tylko dla Jerzego Hoffmana i jego „Bitwy
Warszawskiej”, w której odpowiadał za ewolucje kaskaderskie.
Krzysztof
Fus jest obecnie prezesem Filmvisage, stowarzyszenia organizującego
białostocki Międzynarodowy Festiwal Zawodów Filmowych,
Telewizyjnych i Teatralnych. Stowarzyszenie nagradza przede wszystkim
wyrobników filmu, zazwyczaj „niewidocznych” dla widzów - m.in.
scenografów czy kaskaderów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz