Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HOBBY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HOBBY. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 czerwca 2014

Człowiek o 1000 twarzy


              Mieszkający w Kaliszu Tomasz Machciński od 1966 roku tworzy autoportrety, wcielając się w postacie z pierwszych stron gazet, historyczne czy po prostu tkwiące korzeniami w określonej kulturze. Nie ma dla niego barier płci, granic kreacji. Jego fotografie są przesycone skrajnymi emocjami, mimiką adekwatną do prezentowanej postaci, niezależnie czy kreuje kobietę czy mężczyznę, generała czy prostytutkę, świętego czy łotra.
 
 
 
 
 
  




















              Co ciekawe, nie stosuję peruk czy trików charakteryzatorskich. Wykorzystuje
wszystko co dzieje się z jego organizmem jak: odrastanie włosów, ubytek zębów, choroby, starzenie się itp.

środa, 14 maja 2014

Drugie życie martwej natury

             Martwa natura jest odwiecznym tematem zarówno malarstwa jak i fotografii, w zasadzie od jej zarania. Podejście do tematu może być różne, ale wcale nie musi być sztampowe. Wbrew malkontentom, narzekającym na zasadzie - wszystko już było - osiągnąć można znakomite, świeże, wręcz fascynujące efekty.
 


Fotografie pochodzą z galerii SwiatObrazu.pl
             Najważniejsze wydaje się być podejście do tematu, odwaga i … „malowanie światłem”. Trzeba patrzeć, by widzieć. Nie o to chodzi, by złapać króliczka, ale by gonić go!


sobota, 12 kwietnia 2014

Surrealistyczne wizje Erica Johanssona

               Eric Johansson jest szwedzkim fotografem, a w zasadzie foto-grafikiem. Zdjęcia służą mu jako baza, podstawa do działań w Photoshopie i innych programach graficznych, by uzyskać zupełnie niecodzienne, surrealistyczne efekty. 
 
 


 
 
            Jedna taka praca składa się niekiedy z setek warstw, ale zamiar artysty jest jednoznaczny – zdjęcie ma wyglądać tak, jakby mogło wyglądać, gdyby je zrobiono bez dodatkowej obróbki.
           Na co dzień Eric Johansson pracuje głównie w Berlinie. Tam realizuje prace zlecone, ale również własne projekty.



 

czwartek, 13 lutego 2014

Szybowcem nad Mount Everestem

           Sebastian Kawa, z zawodu lekarz, lata na szybowcach od 1988 r. Zdobył już piętnaście złotych medali mistrzostw Świata i Europy kontynuując w ten sposób lotniczą pasję swojego ojca. Wcześniej pływał na żaglówkach zdobywając medale w klasach Optymist, Kadet i "420". 
             Jego marzeniem był przelot nad Himalajami, czego zwieńczeniem miało być „zdobycie” szczytu Mount Everest. Przymierzył się do tego w grudniu zeszłego roku. Kilka miesięcy trwało dostarczenie do Nepalu pożyczonego w Niemczech szybowca i całego sprzętu, który dojechał na miejsce 19 grudnia. Nie było łatwo zdobyć pozwolenia na lot od rządu nepalskiego, ale udało się i pozostała tylko kwestia odpowiedniej pogody.
             Sebastian Kawa wyruszył 22 grudnia, to był ostatni dzień pozwolenia na lot. Leciał motoszybowcem ASH 25, który może się wznieść na wysokość ok. 2,5 tys. m, a paliwa starcza mu na godzinę lotu. 
            Pokonał Annapurnę (8091 m), na której zginęło 40% procent atakujących ją himalaistów. Momentami wiatr wiał z prędkością 130 km/h, szybowiec poruszał się z szybkością 400 km/h względem ziemi. Nie było szans na pokonanie Mount Everestu, musiał wracać. Próby nie mógł powtórzyć, miał pozwolenie tylko na jeden lot dziennie. 
             W czasie lotu Sebastian Kawa spełniał szczególną misję, wziął z sobą Szal Nadziei od dzieci z kliniki hematologii we Wrocławiu, który miał przelecieć nad Himalajami. Powiewał za oknem „unosząc prośby do nieba”.
           Polska ekipa zapowiada powrót do Nepalu w połowie lutego, z zamiarem wielkiego lotu nad szczytem Mount Everest. Wszelkie urzędowe szlaki są już przetarte, jak pogoda dopisze uda się na pewno!

wtorek, 11 lutego 2014

Idź być Rumunem gdzie indziej

              36-letni Tamas Dezso mieszka w Budapeszcie. Jest fotografem dokumentalistą, a jego prace to długoterminowe projekty, koncentrujące się na marginesie społeczeństwa, na Węgrzech, w Rumunii oraz w innych częściach Europy Wschodniej. Jego zdjęcia zostały opublikowane m.in. w The New York Times, National Geographic, GEO, Le Monde Magazine, The Sunday Times, PDN, Ojo de Pez, Hotshoe Magazine, The British Journal of Photography i wielu innych fachowych czasopismach.
Jednym z jego ostatnich projektów jest obraz współczesnej Rumunii, która jako członek Unii Europejskiej (od 2007 r.) stara się dogonić współczesność. 

              Rozpada się „stare”, „nowego” jednak nie widać, a jeśli już, to wymiarze lokalnym. Ludzie próbują dostosować się do nowej rzeczywistości, ale wielu z nich żyje zgodnie z wiekowymi tradycjami, głównie rolnicy i pasterze. Inni, aby przeżyć, sprzedają złom i inne wartościowe materiały, odzyskane z rozsypujących się budynków.

              Stare fabryki są zamykane, niszczeją na oczach jednego pokolenia, wioski się wyludniają, ale w miastach pracy też nie ma. 


              Fotograf odwiedzał Rumunię prawie 30 razy. W swoich pracach starał się uchwycić istotę porażki postkomunizmu - zanik kultury i tradycji, które trwały przez wieki, a teraz znikają w mgnieniu oka.



niedziela, 9 lutego 2014

Chłopiec bez rąk gra na trąbce

            10-letni obecnie Jahmir Wallace mieszka w Phillipsburg New Jersey (USA). Urodził się bez rąk, z konieczności zastępują mu je nogi. Jego pasją jest muzyka, marzył o graniu na trąbce i swoje marzenia zrealizował. 

             Nóg używa jak inni ludzie rąk, na trąbce po raz pierwszy zagrał pięć miesięcy temu.
             Jego starsza siostra gra na pianinie, nie chciał pozostać w tyle, ale wybrał inny instrument.
             W lokalnym sklepie muzycznym, gdzie się uczy gry na trąbce, skonstruowano dla niego specjalny stojak podtrzymujący dęciaka . Inspiruje go Steve Wonder, ale jego najbardziej utworem jest piosenka R. Kelly - I believe I can fly (Wierzę, że mogę latać).

               Skromnie mówi, ze jak na razie dopiero uczy się grać, chociaż już został włączony do szkolnej orkiestry. Jahmir Wallace w wywiadach często podkreśla, że nie jest kimś wyjątkowym, że wszystkie dzieci mogą realizować swoje marzenia. Muszą spełnić tylko jeden warunek – nie mogą się bać, że się nie uda.


poniedziałek, 6 stycznia 2014

Marsz śmierci dla lepszego świata

           Dodentocht (marsz śmierci, śmierć w marcu) to „przechadzka” na dystansie 100 km, organizowana corocznie w Bornem (Belgia), od 1970 r. Trasa jest zabójcza, stad nazwa. 

 
           Organizatorzy przyjęli hasło „Marsz dla lepszego świata” i wielu uczestników idzie w celach charytatywnych.

                Idą wszystkie grupy wiekowe, kobiety i mężczyźni, od 16-latków do 80-latków. Maszerujący pochodzą z wielu krajów, w tym Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Niemiec.
Niektórzy z nich pokonują jedynie część trasy, nie dają rady, ale to żadna ujma. Nie ma żadnych nagród, otrzymuje się jedynie certyfikat ukończenia marszu, medal i dyplom. Warunek jest jeden – trasę trzeba pokonać w 24 godziny.
              Po 40 km marszu jeden ze sponsorów, browar Duvel w Breendonk, zaprasza na darmowe piwo. 50 km dalej, piwem częstuje drugi najważniejszy sponsor - browar Palm w Steenhuffel. Są też, oczywiście, punkty żywieniowe. 

               Z roku na rok liczba uczestników marszu wzrasta. W 1970 r. było ich 65, tego roku 11157. Dla przyjeżdżających wcześniej, organizowany jest kemping, mogący pomieścić 500 osób. Nad przebiegiem marszu czuwa ok. 600 osób, a na całej trasie od 2012 r. prowadzi się monitoring, który do namiarów wykorzystuje odznaki noszone przez uczestników. Po drodze jest 15 oficjalnych punktów kontrolnych i kilka losowo rozmieszczonych na trasie. 
               Wielu z maszerujących pokonało trasę kilkanaście razy. Rekordzistą jest 60-letni Holender Marc de Vulder, który szedł 33 razy z rzędu.
Marsz jest tak wyczerpujący, że uczestnicy kończą go skrajnie wycieńczeni, z pokrwawionymi nogami. W 2010 r. Doszło do tragedii. 300 m przed metą jeden z uczestników zmarł na zawal serca. Był to jego piąty marsz.
             Ambicją maszerujących jest pokonanie trasy w mniej niż 20 godzin, bardzo źle jest widziane „chodzenie zawodowe”, w czasie poniżej 10 godzin.