Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zabawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zabawa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 maja 2014

Gdzie jest Momo?!

              Kiedyś Andrew Knapp, grafik z Ontario, zauważył, że jego border collie zawsze kiedy aportuje, ukrywa się z patykiem, zamiast natychmiast go przynieść. Zrobił mu kilka zdjęć, aby rozbawić swoich siostrzeńców. Okazało się, że seria z ukrywającym się psem jest świetną zabawą dla wszystkich. Z czasem powstał projekt „Find Momo” (Znajdź Momo), który ostatnio doczekał się publikacji w postaci fotograficznej książki.


 

 

 

 

               Andrew Knapp twierdzi, że Momo to bardzo wrażliwy i posłuszny pies. Może z odległości 30 metrów powiedzieć: połóż się, a on polecenie wykona! Usiądź, a usiądzie. Jednak specjalnie go nie szkoli, by pozostał sobą - wesołym, szczęśliwym psem.


piątek, 16 maja 2014

Jak krowa z krową

             Ponad 100 lat ma szwajcarska tradycja walk krów o tytuł „Królowej wśród Królowych”. Finał zmagań odbywa się w Aproz, w zachodniej części kantonu Valais. 
             W szranki stają krowy z zadziornej rasy Eringer, hodowanej głównie w Valais. Są bardzo wytrzymałe i mają osobliwą cechę - walczą między sobą o dominację w stadzie. Są to walki bezkrwawe, ale i tak budzą wiele protestów. 

            
           Rogi krów są stępione przed zawodami, więc walka to przede wszystkim konkurs. Kończy się w momencie sprowadzenia przeciwniczki „do parteru”. 

























              Rywalizacji przyglądają się tysiące widzów, a czasem mają niezły ubaw. Mimo ich instynktu, niekiedy krowy trudno sprowokować do walki. Na arenie często trzeba szturchać, a nawet wtedy są bardziej zainteresowane przeżuwaniem pokarmu, zjedzeniem jakieś stokrotki, niż „zapasami”. Jeśli krowa uparcie nie chce walczyć, jest wyeliminowana. Zdarza się jednak, że wszystkie krowy walczą razem. Na placu boju pozostaje wtedy tylko „Królowa”.
           Zwycięzcy hodowcy otrzymują specjalny certyfikat i nagrodę pieniężną. Niezłą kasę będą mogli zarobić na sprzedaży cieląt „Królowej”. Problem w tym, że tak naprawdę krów nie można nauczyć walczyć. Wszystko, co mogą zrobić hodowcy, to odpowiednio karmić zwierzęta i upewnić się, że są w dobrej formie.
            Reszta „w rękach krów”.


poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Śmigus-dyngus, czyli „legalne” lanie wody

              Zwyczaj „lania wody” początkowo związany był z obrzędami praktykowanymi jako radość po odejściu zimy i nadejściu wiosny. Co ciekawe, oblewaniu dam wodą towarzyszyło chłostanie. 
              Śmigus i Dyngus przez długi czas były odrębnymi zwyczajami. Z czasem zlały się z sobą. Dzisiaj to słowo kojarzy się głównie z ruchomym świętem, które polega na oblewaniu każdego wodą. Jest pisane z małej litery i ma niewiele wspólnego z pierwotnymi obyczajami (Śmigus i Dyngus).
             Powszechnie uważa się że słowo dyngus wywodzone jest od niemieckiego słowa dingen, co oznacza „wykupywać się" (inne znane określenia: dyng, szmigus, wykup lub datek). Z dyngusem wiązał się zwyczaj składania darów kolędnikom dyngusowym, które potem mogły być przez nich m in. smakowane. Istnieje również teoria według której słowo „śmigus” jest formą słowa Schmackostern (smakować, smagać).
              Dzisiaj w wielu regionach Polski oraz wschodnich Czech, poniedziałek wielkanocny często określa się jeszcze w różnych wariantach słowem śmigusem, bądź dyngusem, a tradycyjne odwiedzanie domostw jako chodzenie określane jest jako chodzenie po smiguście (śmigusowanie) lub dyngusie (dyngusowanie/dyngowanie). W poszczególnych regionach dary składane przez domowników mogą być nazywane już nie tylko dyngusem, ale również śmigusem.
Według innej teorii słowo śmigus związane jest tylko i wyłącznie z polskim rzadko używanym słowem „śmigać” - oznaczającym smaganie. Na Kaszubach (gdzie oblewanie się wodą nie jest praktykowane) poniedziałek wielkanocny jest nazywany dëgòsem, a chłostanie dziewcząt jest określane określane jako dëgòwanie.
             Jedna z teorii głosi, że zwyczaj dyngusu pochodzi z chrztu w poniedziałek wielkanocny Mieszka I w 966 r., Dyngus i Śmigus były bliźniaczymi bóstwami pogańskimi. Dyngus reprezentuje wodę i wilgotną ziemię (din gus - cienka zupa lub dingen – natura), a Śmigus grzmoty i błyskawice związane z letnią burzą. Zwyczaj polewania był starożytnym wiosennym obrzędem oczyszczania i płodności. 
               Słowiański zwyczaj przetrwał również w pobliskich krajach środkowej Europy, ale z pierwotnymi tradycjami. Na Morawach jest zanany jako szmigrust lub oblevacka, Słowacji jako oblievacka lub kupacka (szczególnie na wschodzie) oraz w regionach zachodniej Ukrainy. W XVI wieku słowiańską tradycję bardzo powszechnie przejęli Węgrzy. Do dziś praktykuje się tam oblewanie w lany poniedziałek dam wodą i perfumami.
              Na Zakarpaciu lany poniedziałek obchodzony jest przez trzy dni: drugiego dnia Wielkanocy chłopcy oblewają dziewczyny wodą, trzeciego dnia dziewczyny się mogą w ten sam sposób zrewanżować; a czwartego oblewa się inne osoby.
Tradycje dyngusowe pieczołowicie pielęgnowane są przez Polonię, szczególnie w USA. Najbardziej hucznie Dyngus Day obchodzony jest w Bufallo. Tradycja ta sięga 1870 r. Corocznie organizuje się tam ceremonialne parady orszaków i spektakle teatralne. 
                Trzy lata temu podobne parady zainicjowano w Cleveland. Co tu dużo mówić, jest to pretekst do świetnej zabawy i degustacji tradycyjnych polskich potraw wielkanocnych. 
              Częścią tych obchodów jest wybór Miss Dyngus Day.
              A w Polsce... Jak by nie patrzeć – tradycja w narodzie nie ginie! Fajnie jest! Idzie sobie człowiek, a tu z balkonu – dup! - woreczek wypełniony wodą! A co mają mówić „odświętnie” ubrane dziewczyny, gdy nagle z bramy wypada dowcipniś i „delikatnie” oblewa wiadrem wody? Egon, klawo jak cholera!


poniedziałek, 17 marca 2014

Gdzie jest snajper?

             Wiadomo, taki fach jak snajper, cechują trzy podstawowe umiejętności: celne oko i
kamuflaż i cierpliwość. Czasem godzinami musi czekać na odpowiedni moment do oddania strzału i to tak, by samu być niewidocznym.
             Niemiecki fotograf Simon Menner, uzyskał pozwolenie na fotografowanie ćwiczeń Bundeswehry. Spróbujcie sami znaleźć snajpera. 
 


 

 

 
             Można prawie na niego nadepnąć i go nie zauważyć. A taki „zawodowiec” celny strzał oddaje z odległości ponad 1,5 km. Strach się bać!
            Przypomniał mi się dowcip, to tak a propos maskowania...
Do Czapajewa przybiega przerażony i zdyszany osobisty adiutant Piet'ka.
- Towarzyszu Czapajew, biali we wsi!
- Nie bo się Piet'ka, lej w stakany! - wypili.
- Zobacz gdzie biali!
- Niedaleko, prawie pół wsi zajęli!
- Nie bój się, nalewaj w stakany! - wypili.
Słychać walenie do drzwi, Czapajew już nie pyta, gdzie biali.
- Piet'ka! Nalewaj w stakany! - wypili.
- Piet'ka! Ty mnie widzisz?!
- Towarzyszu Czapajew, melduję, ze nie widzę!
- Ja ciebie też nie! Wot my charaszo zamaskowani!

środa, 22 stycznia 2014

Dyska na Litwie

            Całe dziesięć lat fotograf Andrew Miksys dokumentował litewskie dyskoteki. Skupił się na tych wiejskich, najczęściej działających przy miejscowych domach kultury. W weekendy wsiadał w samochód i przemierzał zapyziałe miejscowości. 


               Nie ulega wątpliwości, jest komfort, jest „światowo”. 


                 Zabawa trwa! Wewnątrz, na korytarzu, „na polu”.


               Zawsze trafi się jakaś miejscowa „gwiazda”. Szpan nie zależy od płci, ale środki wyrazu są inne.
             Jak Andrew Miksys wspomina, nigdy nie wiedział na co trafi. Zadyma jest na prządku dziennym. Nic dziwnego, alkohol leje się strumieniami, nikt nie wylewa za kołnierz.
Fotografie zostały wydane w postaci albumu, który został sfinansowany w serwisie Kickstarter.
Cóż... Aż chce się zawołać – kultury, kurwa, kultury!


 

czwartek, 26 grudnia 2013

Święta, święta i po świętach!

            Druga część niecodziennych zwyczajów świątecznych. 
Hiszpania – Caga Tio, czyli „słódkokupny” pieniek
            To głównie katalońska tradycja, radocha dla dzieci. Co roku jeden z członków rodziny kupuje na Boże Narodzenie specjalnie przygotowany, uśmiechnięty kawał drewna. Najczęściej przypomina psa albo łosia, który stoi na stojaku imitującym nogi. Po wniesieniu pieńka do domu, rodzina napełnia go słodyczami i zabawkami.
W święta dzieci walą w drewno kijami i lecą słodkie bobki! Operacji towarzyszy bardzo radosna piosenka: Zrób kupkę, pieńku! 
 
Katalonia - Caganer
           Coś w tej Katalonii mają szczególne „wizje” bożonarodzeniowe! Caganer to osobnik walący kupę! Początkowo była to niewielka figurka mnicha, gdzieś w rogu żłóbka. Teraz wersje są i duże, i małe „domowe”, uwspółcześnione postaciowo. Spotkać można m. in. Baracka Obamę z opuszczonymi portkami!
Caganer ma przynieść urodzaj i bogate zbiory. Pewnie przez „użyźnienie” gleby! 


 
Włochy - wiedźma La Befana
             Legenda mówi o uprzejmej, starej czarownicy, napotkanej przez trzech króli na drodze do Betlejem. Poprosili ją o schronienie, a ona się zgodziła. Następnego ranka zaproponowali jej, by do nich dołączyła i wraz z nimi poszukała Jezusa. Befana odmówiła, twierdząc, że musi... posprzątać. Gdy skończyła, ruszyła za trzema królami, jednak nie udało jej się znaleźć stajenki. Od tego czasu co roku chodzi po włoskich domach, nie ustając w poszukiwaniach. Włoskie dzieci wystawiają dla niej wino i jedzenie, a Befana zostawia im prezent, gdyż nie ma pewności, czy przypadkiem to nie jest właśnie ten dom.
             Chodzi 6 stycznia, w Trzech Króli (Święto Objawienia Pańskiego). 





 
Walia – Mari Lwyd
             Szczęście Walijczykom i urodzaj w sadach jabłoni, ma przynieść „ugryzie” przez końską czaszkę nasadzoną na żerdź. Główny festiwal odbywa się w Chepstow, a kończy na moście granicznym z Anglią. Tam następuje „pojednanie”, przy śpiewach, jadle, harcach i napitkach. 






 
Niemcy – ogórki na choince
            Niemcy wieszają na choince bombki w kształcie ogórka. Są one szczególnie „cenione”przez dzieci, gdyż które pierwsze takową znajdzie, dostanie dodatkowy prezent. Warto szukać! 










Japonia – wizyta w KFC
             Święta w tym kraju są bardzo skomercjalizowane. Zwyczaj zasiadania do stołu zastawionego własnoręcznie przygotowanymi potrawami, raczej nie obowiązuje. Oblężone są restauracje KFC, stoliki trzeba rezerwować z wyprzedzeniem.
W Japonii rzadko spotyka się kartki świąteczne w kolorze czerwonym. A to dlatego, że na papierze w tym kolorze drukowane są zwykle ogłoszenia żałobne.

Meksyk - rzeźby z rzodkiewek
                Farmerzy meksykańskiego Oaxaca urządzają festiwal, którego głównym tłem są wykonane z rzodkiewki rzeźby. Rozpoczyna się 23 grudnia i trwa trzy dni. W konkursie tym biorą udział nie tylko mieszkańcy, ale i artyści z całego świata. W grę wchodzi nie tylko nagroda pieniężna (wysokości 13000 pesos, czyli około 1300 dolarów), ale i sława oraz uznanie.



Szwecja - palenie kozy
             Ciekawy zwyczaj kultywowany jest w mieście Gavle. Mieszkańcy budują wielką, słomianą kozę, która zostaje spalona w pierwszy dzień świąt.
          Tradycja ta narodziła się niedawno, bo w 1966 r. Powstała w wyniku wypadku, który zaowocował pożarem. Pewien szwedzki architekt chciał wznieść w centrum miasta ozdobną kozę, będącą odpowiednikiem kozy wywodzącej się z tradycji pogańskiej. Zrobiona ze słomy, w okolicy Nowego Roku spłonęła. 
            W paleniu i my mamy wprawę! Paliło się „Sporty”, komitety i tęczę! A może by tak na święta palić barejowskiego misia, symbol absurdu? Może komuś coś by w mózgu przeskoczyło?
            Tak więc hasło na Nowy Rok – Polska bez misia!