Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SPORT. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SPORT. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 lutego 2014

Szybowcem nad Mount Everestem

           Sebastian Kawa, z zawodu lekarz, lata na szybowcach od 1988 r. Zdobył już piętnaście złotych medali mistrzostw Świata i Europy kontynuując w ten sposób lotniczą pasję swojego ojca. Wcześniej pływał na żaglówkach zdobywając medale w klasach Optymist, Kadet i "420". 
             Jego marzeniem był przelot nad Himalajami, czego zwieńczeniem miało być „zdobycie” szczytu Mount Everest. Przymierzył się do tego w grudniu zeszłego roku. Kilka miesięcy trwało dostarczenie do Nepalu pożyczonego w Niemczech szybowca i całego sprzętu, który dojechał na miejsce 19 grudnia. Nie było łatwo zdobyć pozwolenia na lot od rządu nepalskiego, ale udało się i pozostała tylko kwestia odpowiedniej pogody.
             Sebastian Kawa wyruszył 22 grudnia, to był ostatni dzień pozwolenia na lot. Leciał motoszybowcem ASH 25, który może się wznieść na wysokość ok. 2,5 tys. m, a paliwa starcza mu na godzinę lotu. 
            Pokonał Annapurnę (8091 m), na której zginęło 40% procent atakujących ją himalaistów. Momentami wiatr wiał z prędkością 130 km/h, szybowiec poruszał się z szybkością 400 km/h względem ziemi. Nie było szans na pokonanie Mount Everestu, musiał wracać. Próby nie mógł powtórzyć, miał pozwolenie tylko na jeden lot dziennie. 
             W czasie lotu Sebastian Kawa spełniał szczególną misję, wziął z sobą Szal Nadziei od dzieci z kliniki hematologii we Wrocławiu, który miał przelecieć nad Himalajami. Powiewał za oknem „unosząc prośby do nieba”.
           Polska ekipa zapowiada powrót do Nepalu w połowie lutego, z zamiarem wielkiego lotu nad szczytem Mount Everest. Wszelkie urzędowe szlaki są już przetarte, jak pogoda dopisze uda się na pewno!

sobota, 1 lutego 2014

Gest serca młodego siatkarza

             21-letni Łukasz Łapszyński (194 cm wzrostu) jest siatkarzem pierwszoligowego Cuprum Mundo Lubin, gra na pozycji przyjmującego. Przez fachowców uważany jest za jednego z najlepszych z młodego pokolenia, na swej koronnej pozycji, co zostało potwierdzone powołaniem do młodzieżowej reprezentacji Polski. 
               Na kilka tygodni przerwał treningi, by zostać dawcą szpiku kostnego dla anonimowej, ośmioletniej dziewczynki. Cała ekipa z Lubina, której sponsorem jest m.in. KGHM, dołączyła do akcji „Drużyna Szpiku”. Siatkarze zostali zatem przebadani i umieszczeni w bazie danych jako potencjalni dawcy. W październiku zeszłego roku okazało się, że Łukasz Łapszyński jest bliźniakiem genetycznym, potrzebującej przeszczepu 8-letniej chorej dziewczynki.
              Zabieg odbył się pod koniec stycznia w Poznaniu, w Klinice Hematologii i Transplantacji w Poznaniu. Szpik został pobrany z biodra siatkarza. - Nie mogłem leżeć na plecach i miałem ograniczone ruchy - mówił zawodnik. - Kilka dni potem dokuczały mi również silne bóle głowy i ogólne złe samopoczucie.
             Organizm po przeszczepie jest osłabiony i Łukasz Łapszyński musi uważać, by nie nabawić się jakiejś infekcji. Do treningów będzie wracał stopniowo, jeszcze długo potrwa zanim osiągnie normalną formę.
            - Co to jest miesiąc z życia zawodowego, skoro mogłem uratować komuś życie? - skomentował swoją decyzję.
             Panowie i panie! Czapki z głów! Szacun, wielki szacun!

 

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Marsz śmierci dla lepszego świata

           Dodentocht (marsz śmierci, śmierć w marcu) to „przechadzka” na dystansie 100 km, organizowana corocznie w Bornem (Belgia), od 1970 r. Trasa jest zabójcza, stad nazwa. 

 
           Organizatorzy przyjęli hasło „Marsz dla lepszego świata” i wielu uczestników idzie w celach charytatywnych.

                Idą wszystkie grupy wiekowe, kobiety i mężczyźni, od 16-latków do 80-latków. Maszerujący pochodzą z wielu krajów, w tym Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Niemiec.
Niektórzy z nich pokonują jedynie część trasy, nie dają rady, ale to żadna ujma. Nie ma żadnych nagród, otrzymuje się jedynie certyfikat ukończenia marszu, medal i dyplom. Warunek jest jeden – trasę trzeba pokonać w 24 godziny.
              Po 40 km marszu jeden ze sponsorów, browar Duvel w Breendonk, zaprasza na darmowe piwo. 50 km dalej, piwem częstuje drugi najważniejszy sponsor - browar Palm w Steenhuffel. Są też, oczywiście, punkty żywieniowe. 

               Z roku na rok liczba uczestników marszu wzrasta. W 1970 r. było ich 65, tego roku 11157. Dla przyjeżdżających wcześniej, organizowany jest kemping, mogący pomieścić 500 osób. Nad przebiegiem marszu czuwa ok. 600 osób, a na całej trasie od 2012 r. prowadzi się monitoring, który do namiarów wykorzystuje odznaki noszone przez uczestników. Po drodze jest 15 oficjalnych punktów kontrolnych i kilka losowo rozmieszczonych na trasie. 
               Wielu z maszerujących pokonało trasę kilkanaście razy. Rekordzistą jest 60-letni Holender Marc de Vulder, który szedł 33 razy z rzędu.
Marsz jest tak wyczerpujący, że uczestnicy kończą go skrajnie wycieńczeni, z pokrwawionymi nogami. W 2010 r. Doszło do tragedii. 300 m przed metą jeden z uczestników zmarł na zawal serca. Był to jego piąty marsz.
             Ambicją maszerujących jest pokonanie trasy w mniej niż 20 godzin, bardzo źle jest widziane „chodzenie zawodowe”, w czasie poniżej 10 godzin.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Alpinista bez nóg

             Amerykanin Hugh Herr w wieku 17 lat stracił obie nogi, co było wynikiem odmrożenia podczas wspinaczki. Stało to się dla niego wyzwaniem – nie pogodził się z niepełnosprawnością. 
 
               Jako cel życia wymarzył sobie konstrukcję takich protez, które pozwolą mu na kontynuację pasji, jaką jest wysokogórska wspinaczka. Pracuje w Instytucie Technologicznym w Massachusetts, który jest jedną z najlepszych uczelni na świecie. Tam m.in. powstają supernowoczesne bioniczne protezy, które z powodzeniem zastępują utracone kończyny. 









                Hugh Herr podkreśla, że wbrew pozorom proteza to nie ograniczenie, ale zaleta na miarę technologii XXI w. Uważa, że dzięki rozwojowi nauki, niepełnosprawność może być
całkowicie przezwyciężona. Sam daje tego przykład, wspina się jak dawniej, nawet na 70-metrowe urwiska.
               Występuje z odczytami, w programach telewizyjnych, na konferencjach, publikuje swoje przemyślenia o niepełnosprawności i jej pokonywaniu. Ciągle pracuje nad ulepszaniem protez.

 

wtorek, 17 grudnia 2013

Ręka ma, jak mały Cygan nogę!

Denis Cyplenkov jest ukraińskim strongmanem, który jest mistrzem w walce na rękę (arm wrestling). Słynie nie tylko z niesamowitej siły (orzechy włoskie zgniata w dwóch palcach, jakby od niechcenia), ale również z wielkości dłoni. 
Obecnie ma 31 lat, a urodził się w Krzywym Rogu. Trenował podnoszenie ciężarów, zapasy, kulturystykę i inne sporty siłowe. 
Kilkakrotnie w siłowaniu na rękę zdobył tytuł mistrza świata. Twierdzi, że ma największe „muły” w całej byłej Rosji (obwód 64 cm), jak również, ze jest najsilniejszy. Przy wzroście 186 cm, waży 140 kg i nie jest to tłuszcz! 
Dość powszechna jest opinia, że Denis Cyplenkov ma największe dłonie na świecie.
Jego mały palec jest dwa razy grubszy od kciuka większości ludzi, nie mówiąc już o innych jego „paluszkach”. Nadgarstki maja obwód 24 cm, nic więc dziwnego, że gościu ma parę w łapach!








sobota, 7 grudnia 2013

Z lękiem wysokości na Mont Everest. Świr czy iron man?

               Sir Ranulph Fiennes (rocznik 1944, spokrewniony z brytyjska rodziną królewską), podróżnik, odkrywca i pisarz, od 40 lat podejmuje ekstremalne wyzwania. Jest posiadaczem kilkunastu rekordów wytrzymałościowych. Bez przesady można powiedzieć, że są one na granicy życia i śmierci. Zgodnie z Guinness Book of World Records jest największym na świecie zdobywcą. 
 
              Osiem lat służył w armii, ale nie bardzo mu to pasowało, gdyż powierzane mu zadania (szczególnie tłumienie rebelii w Omanie), kłóciły się z jego sumieniem. Od 1960 r. rozpoczął życie zdobywcy i podróżnika.
Podejmował tak ekstremalne wyzwania, że nie mieszczą się one w pojęciu „normalnych” wypraw, podróży czy osiągnięć. Jest ich bez liku!
              W 1992 r. Fiennes poprowadził ekspedycję, która odkryła przyczółek zaginionego miasta Iram w Omanie. Później zafascynowała go Arktyka i Antarktyda. Opłynął obydwa lądolody, zdobył bieguny, a Antarktydę przeszedł w poprzek. 

              W 2000 r. próbował „solo” zdobyć Biegun Północny. Wyprawa nie powiodła się, gdy jego sanie wpadły pod alby lód i Fiennes był zmuszony wyciągnąć je ręcznie. Doznał poważnego odmrożenia czubków wszystkich palców lewej dłoni, co zmusiło go do rezygnacji z wyprawy. Po powrocie do domu, lekarz nalegał, by poczekać z amputacją kilka miesięcy, co miało pomóc w odrastaniu zdrowej tkanki. Fiennes z jednej strony cierpiał ból, z drugiej był zbyt niecierpliwy, więc sam odciął końcówki palców elektryczną wycinarką.
Przebiegł 7 maratonów, na 7 kontynentach, w ciągu 7 kolejnych dni (2003 r.), po tym jak miał zawal serca i wszczepiono mu bypassy. W 2008 r. podjął próbę zdobycia Mont Everest, ale wycofał się z powodu … ataku serca. Z powodzeniem ponowił atak rok później (miał 65 lat) i tym samym stał się najstarszym Brytyjczykiem, który zdobył ten szczyt. 
                W tym roku Ranulph Fiennes podjął nieudaną próbę zimowego przejścia Antarktydy w poprzek. Trasa miała liczyć ponad 3 tys. km, a zaplanowano ją na blisko pół roku. Przymiarki trwały pięć lat. Niestety, już na Antarktydzie, Ranulph Fiennes miał wypadek na nartach i … znów odmroził sobie dwa palce lewej dłoni. Jest na to bardzo narażony, gdyż zdiagnozowano u niego cukrzycę. Czeka go amputacja. Musiał się wycofać, ale jego ekipa będzie kontynuować wyprawę.
               Jest o co walczyć, gdyż nagroda za ten wyczyn wynosi 6.170.000 PLN, a przeznaczona ma być na walkę ze ślepota na świecie. Nie jest to pierwsza charytatywna inicjatywa Ranulpha Fiennesa. W marcu 2007 r., pomimo lęku wysokości, wspiął się na północną ścianę Eigeru, od sponsorów zainkasował 1,8 mln PLN, które przeznaczył dla Marie Curie Cancer Care (Wielka Brytania) na walkę z rakiem.
             Jak on z lękiem wysokości zdobył Mont Everest?! Mózg staje!


środa, 27 listopada 2013

„Bieg dla pokoju” dookoła świata

             Piotr Kuryło (ur. 1972 r., w Prusce Wielkiej, pow. augustowski) jest supermaratończykiem. Dwukrotnie uczestniczył w Spartathlonie (biegu na dystansie 246 km, z Aten do Sparty), a w 2007 zajął 2 miejsce pokonując trasę w czasie 24:29:41 i przegrywając tylko ze Scottem Jurkiem. Przebiegł Polskę ze wschodu na zachód (z Terespola do Frankfurtu nad Odrą, 2007 r.), oraz z północy na południe (z Jastrzębiej Góry do Zakopanego). Samotnie przebiegł w 42 dni (również 2007 r.) z Augustowa do Grecji przez Czechy, Węgry i Serbię (ponad 4000 km).
              Światową sławę zyskał „Biegiem dla pokoju”, kiedy to podjął udaną próbę biegu dookoła kuli ziemskiej. Przygotowywał się pół roku, ale przymierzał kilka lat. Wyruszył 7 sierpnia 2010 r. z Augustowa. 
              Biegł samotnie, bez wsparcia, ciągnąc za sobą specjalny wózek z ekwipunkiem i kajakiem. Stracił go niedaleko Lizbony, w czasie przeprawy przez rzekę Tag (Portugalia). Po przelocie z Lizbony do Nowego Jorku, z nowym wózkiem wyruszył dalej. 
                Przebiegł przez 13 stanów do San Francisco. Potem przeleciał do Pekinu i dalej do Władywostoku i kontynuował bieg. Przez Rosję przebiegł w 120 dni, po drodze „zaliczając” Kazachstan. Bieg ukończył 6 sierpnia na rynku w Augustowie. 
              Zużył 15 par butów, pokonał ponad 20 tys. km, w tym około tysiąca przepłynął kajakiem. Biegnąc pokonywał ok. siedemdziesiąt kilometrów dziennie. Swoją przygodę Piotr Kuryło opisał w książce „Ostatni Maraton", wydanej w 2012 r.
             W 2011 r. został podwójnym laureatem „Kolosa” ( polskie nagrody podróżniczo-eksploracyjne, przyznawane corocznie od marca 2000 r.) za „wyczyn roku”. Otrzymał nagrodę dziennikarzy i publiczności.
              Każdy jego bieg ma określoną intencję, m.in. zdrowy tryb życia czy bezpieczeństwo na drogach.

 


czwartek, 14 listopada 2013

Prawie trzy miesiące w wodzie

            John o'Groats (gael. Taigh Iain Ghròt) to wioska w północnej Szkocji, najbardziej na północ wysunięta osada wyspy Wielka Brytania. Zamieszkana jest zaledwie przez 300 osób. Stąd zaczyna się najdłuższa trasa lądowa wyspy, a jej drugim skrajnym końcem jest Land's End w Kornwalii.
 
             Właśnie z Kornwalii, 30 czerwca, wyruszył urodzony w Zimbabwe, 32-letni Sean Conway, by wpław pokonać trasę 1000 mil wybrzeża Wielkiej Brytanii (ok. 1900 km!). Do John o'Groats dotarł 11 listopada i jest pierwszą osobą, która dokonała takiego wyczynu.. 














            Żywił się produktami puree, jego szczęki tak drętwiały z zimna, że nie mógł nic gryźć. Wyrosła mu dość pokaźna broda, co było mu nawet na rękę, gdyż chroniła go od ukąszenia meduz. I tak dopadły go ponad 10 razy! 
              Nałykał się morskiej morskiej wody (ponad 50 l!), dość mocno stracił na wadze, walczył z chorobą morską. Dziennie przepływał ok. 10 mil (ok. 18,5 km). Cała wyprawa trwała 136 dni, z czego 90 dni Sean Conway spędził w wodzie. Asekurował go jacht, gdzie spał, odnotowując współrzędne, potem wyruszał dalej. Na ląd wychodził tylko w czasie mocnych burz. 
              W John o'Groats czekała na niego m.in. 60-letnia matka Babette i nie kryła dumy z syna. Osiągnięcie Seana Conway'a nie będzie odnotowane w Księdze Rekordów Guinnessa, gdyż z jednej strony jest zbyt ekstremalne, a z drugiej „zarzucono mu” korzystanie ze specjalnego kombinezonu i … płetw.
             Nie jest to pierwszy niecodzienny wyczyn Seana Conway'a. Ma swoim koncie zdobycie Klimandżaro … w stroju pingwina oraz podróż rowerem (16.000 mil!) przez sześć kontynentów. Twardziel z niego jak się patrzy, pedałował 116 dni, a wiele z nich...z pękniętym kręgosłupem! Nie poddał się jednak!
            Prawdziwy twardziel!










wtorek, 22 października 2013

„Orzeł” z Wielkiej Brytanii, czyli jak słabość przekuć w siłę

Michael Edwards (ur. 5 grudnia 1963 w Cheltenham), brytyjski skoczek narciarski, znany był jako Eddie „Orzeł" Edwards. Ksywa przylgnęła do niego ze względu na osiągane wyniki, które były, delikatnie mówiąc, mizerne. W zasadzie jedynym jego sukcesem było pośrednie wymuszenie przez Międzynarodową Federację Narciarską, zmiany przepisów. By uniknąć takich „asów” na oficjalnych zawodach, wprowadzono system kwalifikacji (1989 r.). 

Zyskał jednak ogólnoświatową sympatię za poczucie humoru i prezentowany luz.
Orzeł” był pierwszy reprezentantem Wielkiej Brytanii uczestniczącym w igrzyskach olimpijskich, w skokach narciarskich. Zawsze zajmował ostatnie miejsca. Skakał średnio 40 m bliżej niż zwycięzcy. 














            Prezentowany styl był z rodzaju tych „rozpaczliwych”. Widzowie drżeli, by się nie zabił. A powodów do obaw dawał wiele! W czasie swojej „kariery” miał 20 złamań, chyba wszystkich kości.
Na Mistrzostwach Świata w Oberstdorfie (1987 r.) był 55., jak zwykle ostatni, ale było to najwyższe miejsce w jego karierze. Na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Calgary (1988 r.) odniósł największy sukces w całym swoim życiu. Zajął 56., przedostatnie miejsce. No nie, nie dzięki umiejętnościom. Po prostu jeden zawodnik został zdyskwalifikowany. 
Ponieważ chciał odejść w glorii swojego sukcesu, zaraz po igrzyskach zakończył swoją sportową karierę i rozpoczął medialną. Stał się, bez przesady, supergwiazdą. Był zapraszany na przeróżne konkursy, występuje w reklamach (m.in Forda, Panasonica, Coca Coli) i talk-show. Prowadzi własne audycje w radio. Komentuje dla telewizji brytyjskiej Mistrzostwa Świata (kasując przy okazji 20tys. funtów szterlingów), mieszkając i trenując jakiś czas w Lake Placid (USA) udziela się również w stacji ABC Sports.
Staje się także gwiazdą... muzyki. Piosenka "Fly Eddie Fly" wchodzi do pierwszej „50" w Wielkiej Brytanii. W Finlandii utwór „Mun niemi en Eetu" dochodzi do 2 miejsca na liście przebojów.
             Popularnością cieszyła się kaseta, video-instruktaż dla początkujących narciarzy „On the piste with Eddie Edwards - a beginner's guide to skiing" (wydana w 1993r.) Jeżeli komuś to było za mało, mógł wykupić prywatne lekcje jazdy na nartach u Eddie Edwardsa.

Eddie mieszka teraz w Salt Lake City. Ponoć ma nawet powstać film fabularny, oparty na jego biografii. Pierwszy krok już został zrobiony. Każdy może wcielić się w „Orła” w grze komputerowej „Eddie Edwards Super Ski” (wyd. w 1988 r. przez Microids)
Jego popularność nie maleje. Brytyjczyk pobiegł z pochodnią olimpijską w styczniu 2010 roku w Winnipeg. Był jednym z 15 cudzoziemców, którzy wzięli w niej udział.
Eddie Edwards uważany jest za najgorszego skoczka narciarskiego w historii tej dyscypliny, ale... Ze swej słabości, uczynił siłę! W sumie zarobił na skokach blisko 50 milionów dolarów.
W tym szaleństwie jest metoda!

 
 

niedziela, 22 września 2013

Piłkarska potęga – Polak mistrzem świata!

                W Tokio, przed słynną buddyjską świątynią Zojoji, dobyła się czwarta edycja zawodów Red Bull Street Style, czyli „piłka nożna w stylu wolnym”. W zasadzie można powiedzieć, że jest to żonglowanie piłką. Ci ludzie to prawdziwi artyści, mózg staje co wyprawiają. Cuda na kiju!
W tej prestiżowej rywalizacji wzięło udział 35 zawodników, z blisko 30 krajów, w tym dwoje Polaków – Kaliana Matysiak i pochodzący z Zarzecza Szymon Skalski. W lipcu wygrał Freestival Żerków - największy turniej freestyle football w naszym kraju – wiadomo więc było, że tanio skóry nie sprzeda. 

              Awansował do ścisłego finału, potem pokonując w półfinale faworyta gospodarzy Takuda Tokaro, który bronił tytułu. O tytuł mistrza świata rywalizował z Argentyńczykiem Carlosem Iacono i wygrał!
Wśród kobiet triumfowała Kitty Szasz z Węgier, która obroniła zdobyty rok wcześniej tytuł Ranking Red Bull Street StyleTokio.
            Ciekawostką jest fakt, że pięcioosobowym sędziowskim jury był polski zawodnik Michał Rycaj oraz słynny Marco Materazzi, który w 2006 r. z reprezentacją Włoch wywalczył mistrzostwo świata.


 

środa, 11 września 2013

Wojownicy grają w krykieta

              Kenia jest republiką i członkiem brytyjskiej Wspólnoty Narodów. Może dlatego w tym kraju umiarkowanym, ale jednak zainteresowaniem, cieszy się krykiet. Pochodzi z Anglii, gdzie podobna gra była znana już na przełomie XIII i XIV wieku.
                Masajowie zespołu „Warriors Cricket” (wojownicy) z Kenii stoczyli ostatnio mecz przeciwko angielskiej drużynie „The Shed", podczas turnieju krykieta na terenach sportowych Dulwich, w południowym Londynie
              Byli bobsleiści z Jamajki, był narciarz z Togo (Afryka), są też Masajowie grający w krykieta! Żeby jeszcze grali tak imponująco, jak wyglądają!

 

środa, 14 sierpnia 2013

Cztery dni czołgania przez pustynię

             64-letni Amos Richard miał prawdziwego pecha. Wybrał się na wycieczkę do Narodowego Parku Canyonlands (USA) i z wysokości 3 m, upadł na dno kanionu. W rezultacie złamał nogę. 
               Do wyprawy w okolice Maze, najniebezpieczniejszej części Parku Narodowego Canyonlands, nie był zupełnie przygotowany. Nie wziął z sobą mapy, ani ciepłych ubrań, nie spodziewał się, że może noc spędzić na pustyni. Miał jednak z sobą zapas wody (pięc litrów) i dwa batony energetyzujące.
 
            Amos Richard spędził na pustyni cztery dni. Wiedział, że musi sobie radzić sam, szanse, ze ktoś go znajdzie były znikome. Nie mógł chodzić, wiec czołgał się po piasku i skałach. Pewnie skończyło by się tragicznie, gdyby nie to, że przypadkowo wypatrzył go powietrzny patrol strażników parku.
            Amosa Richarda natychmiast przetransportowano do szpitala, gdzie opatrzono jego nogę i nawodniono organizm. Na szczęście obyło się bez konieczności amputacji nogi.


wtorek, 13 sierpnia 2013

Prawdziwy twardziel i chłopiec

              Festiwal Wenecki w Charlevoix nad jeziorem Michigan organizowany jest w lipcu od 1931 r. i trwa cały tydzień. Przybywają na niego setki tysięcy ludzi, a organizacja cąłości kosztuje ok. 200 tys. dolarów. A jest po co przyjedżać! Obejrzeć można jedne z najlepszych ppkazów fajerwerków, wiele koncertów czy parady łodzi. To prawdziwy karnawał!
Integralną częścią festiwalu są imprezy sportowe, a wśród nich największą popularnością cieszą się otwarte biegi na 5 i 10 km. Biorą w nich udział najlepsi biegacze, a pila nagród wynosi 4 tys. dolarów. 
                 W tym roku bohaterem był 19-letni kapral marines, Myles Kerr. Biegł na 5 km, ale z plecakiem i w wojskowych butach. W pewnym momencie 9-letni Fuchs Boden, który „spuchł” na trasie, poprosił go, by biegł razem z nim. Myles Kerr cały czas go motywował i chłopiec skończył bieg 5 s przed swoim „opiekunem”.
                Kumple Kerna nieco się niepokoili, gdyż dawno byli już na miecie. Kapral uzyskał najgorszy czas w swojej grupie wiekowej 35:43 min (zwycięzcy biegają w granicach 4 min).
               Na Facebooku grupa Seals of Honor, która upamiętnia życie i dokonania porucznika marynarki Michaela P. Murphy’ego , który zginął walcząc w Afganistanie, zamieściła fotografię Kerra i Fuchsa. Fotka otrzymała ponad 200 tys. „lajków” i udostępniono ją 10 tys. razy.
              W ogólnej opinii kapral Myles Kerr nawiązał do najbardziej szczytnych ideałów marines.



 

sobota, 20 lipca 2013

Bruce Lee miałby dzisiaj prawie 73 lata...

            Dzisiaj mija 40. rocznica śmierci ikony kina akcji, Bruce'a Lee. Lee Hsiao Lung (tak się naprawdę nazywał) urodził się 27 listopada 1940 r. w San Francisco, a zmarł 20 lipca 1973 r. w Hongkongu. Był synem Lee Hoi-chuena, aktora opery chińskiej i śpiewaczki Grace.
 
             Już mając około trzech miesięcy pojawił się w filmie „Golden Gate Girl” (trzymany w rękach przez ojca). Około 1941 roku wraz z rodziną powrócił do Koulun w Hongkongu. W wieku 5 lat, zaczął pojawiać się w małych, dziecięcych rolach w filmach.









              Do rozpoczęcia trenowania sztuk walki przyczyniło się pobicie go przez członków ulicznego gangu. W późniejszym wieku, gdy miał 25 – 33 lata, ćwiczył również boks.
             W wieku 18 lat Bruce wstąpił do gangu i często popadał w konflikty z policją, więc rodzice zasugerowali mu wyemigrowanie do Stanów Zjednoczonych. Po przeprowadzce zamieszkał w chińskiej dzielnicy San Francisco, gdzie pracował w restauracji należącej do jego krewnego. Następnie wyjechał do Seattle, gdzie ukończył Edison Technical School, a później studiował na uniwersytecie stanowym University of Washington filozofię oraz kontynuował treningi kung-fu.
Tam też otworzył pierwszą szkołę kung-fu pod nazwą Jun Fan Gung-Fu Institute, do której przyjmował wszystkich, pobierając za lekcje wynagrodzenie. Nie spodobało się to chińskim mistrzom, którzy wyzwali go na pojedynek z mistrzem stylu Białego Żurawia Wong Jack Manem. W razie przegranej miał zaprzestać nauczania ludzi nie będących Chińczykami. Bruce Lee wygrał pojedynek, ale nie był zadowolony z jego przebiegu, co skłoniło go do poszukiwań „nowych” rozwiązań i doprowadziło do powstania autorskiej Jeet Kune Do.
              W 1964 r. przeniósł się, wraz ze swoją szkołą, do Oakland i poślubił Lindę Emery. Wystąpił także gościnnie w liczących się pokazach sztuk walk, gdzie zaprezentował tam m.in. jednocalowe uderzenie, pompki na dwóch palcach jednej ręki czy szybkość uderzenia. Na jednym z takich turniejów, Bruce Lee poznał stylistę Jaya Sebringa, który przedstawił go producentowi telewizyjnemu Williamowi Dozierowi, co zaowocowało zaangażowaniem do serialu telewizyjnego „Green Hornet” („Zielony szreszeń”). Wtedy też Bruce otworzył drugą szkołę kung-fu, tym razem w Oakland (stan Kalifornia), po czym przeniósł się tam, by być bliżej Hollywood. Jednocześnie zamknął swoją szkołę w Seattle.
               „Zielony Szerszeń” został wyemitowany w 1966 roku, jednak po jednym sezonie (30 odcinków) emisja została zakończona. Bruce Lee nie wierząc w swój sukces w filmie (mimo wzrastającej popularności), ponownie otworzył w chińskiej dzielnicy Los Angeles swoją szkołę kung-fu. Trenował także gwiazdy filmu i sportu takie jak między innymi Lee Marvin, Kareem Abdul-Jabbar, Roman Polanski, Steve McQueen, James Garner i James Coburn.
              Pod koniec lat 60. serial „Zielony szerszeń” został zakupiony przez telewizję z Hongkongu. Wyświetlany pod nazwą The Cato Show, odniósł duży sukces, a Bruce Lee stał się gwiazdą. W USA szło mu nie najlepiej grał tylko epizodyczne role.
              Bruce wrócił do Hongkongu, gdzie został zaproszony przez producenta filmowego z wytwórni „Golden Harvest”, Raymonda Chowa, który zaproponował mu główną rolę w filmie „The Big Boss” („Wielki szef”). Pierwotny tytuł filmu to „Wściekle pięści”, a wystąpił w nim również siedmiokrotny mistrz USA w karate – Chuck Norris. W momencie premiery film stał się od razu wielkim hitem.
Bruce Lee założył wtedy własną wytwórnię filmową „Concorde Film Production”, a jej pierwszym wyprodukowanym filmem była „Droga smoka” (inny tytuł „Powrót smoka”).
            W filmie tym, Bruce Lee wystąpił w potrójnej roli: aktora, producenta i reżysera. Sukcesem Lee zainteresowała się duża wytwórnia z Hollywood – Warner Bros. Po sukcesie „Drogi smoka”, Bruce zaczął kręcić film „Gra śmierci”. Był reżyserem, producentem, choreografem walk i scenarzystą. Grał również główną rolę. 
                Przerwał pracę nad filmem by wystąpić w „Wejściu smoka”. Niestety film „Gra śmierci” nigdy nie zastała dokończona.
                Pierwszy krytyczny moment nastąpił na planie filmu „Wejście smoka”. Bruce Lee zemdlał i został przewieziony do szpitala, gdzie wykryto obrzęk mózgu. Jednak później okazało się, że obrzęk zniknął. 20 lipca 1973 r. Lee poczuł się źle. Po wzięciu tabletki przeciw bólowi głowy, przebywał w apartamencie aktorki Betty Ting Pei, gdzie zasnął i już się nie obudził. Wezwano karetkę i przewieziono go do szpitala królowej Elżbiety. Ogłoszono zgon, który według oficjalnych informacji nastąpił na skutek obrzęku mózgu spowodowanego przez pomieszanie środków przeciwbólowych ze środkami odurzającymi i alkoholem.
               Odbyły się 2 pogrzeby. W Hongkongu (symbolicznie) na ulice wyszły tłumy fanów, które chciały pożegnać gwiazdora. W Seattle ciało złożono do grobu na cmentarzu Lake View w asyście najbliższych Lee. Trumnę nieśli m.in. James Coburn, Steve McQueen i Roman Polański.
              „Wejście smoka" miało swoją premierę 26 lipca w Hongkongu. Bruce Lee osierocił córkę Shannon Lee i syna Brandona Lee.
              Istnieje wiele popularnych hipotez i legend miejskich o przyczynach jego śmierci m.in. taka, że wszystkiemu winne są triady lub mnisi z klasztoru Shaolin, którzy to mieli zabić go „ciosem wibrującej pięści”, za ujawnienie tajemnic kung-fu.
 
           Jego syn, Brandon Lee, grający podobnie jak ojciec w filmach akcji, zginął w 1993 roku, podczas kręcenia zdjęć do filmu „Kruk” (The Crow – 1994). Obaj są pochowani w Seattle. 











 
             W Hongkongu Bruce Lee ma swój pomnik. Postawiono go w „Alei gwiazd”, w 2005 r.




niedziela, 9 czerwca 2013

Z Mount Everest na snowboardzie

            Francuz Marco Siffredi, snowboarder i alpinista, pochodził z rodziny „ugórowionej”. Jego ojciec był przewodnikiem górskim, brat zginął w lawinie w Chamonix. Marco był pierwszym człowiekiem, który z Mount Everest zjechał na snowboardzie (2001 r.) Pokonał trasę o długości około 5300 m.
           Rok później próbował powtórzyć swój wyczyn, ale inną trasą. Zdobył Mount Everest, ale potem kontakt z nim się urwał, zaginął bez wieści.
           Mimo młodego wieku Marco Siffredi był doświadczonym wysokogórskim snowboarderem.       Wcześniej zjechał z trzech himalajskich szczytów powyżej 8000 metrów, Cho Oyu (8201 m), Shishapangma (8046 metrów) i wspomnionego Mount Everest (8848 m). Często ruszał również w Alpy, tam często w pojedynkę pokonywał najtrudniejsze trasy.
 
            Wyczyn Marco Siffredi z 2001 r. był jednak kwestionowany. Dwa dni przed nim podobnej próby dokonał Austriak Stefan Gatt. Nie wnikając w zawiłości różnorakich regulaminów, różnica polegała najprościej mówiąc, na długości zjazdu. Na korzyść Austriaka przemawia jednak to, ze na Mount Everest wszedł bez tlenu i sam dźwigał swój sprzęt. Marco Siffredi korzystał zarówno z pomocy Szerpów jak i tlenu. 







 
           Nie był jednak pierwszym człowiekiem, który w niecodzienny sposób „schodził” z najwyżej góry świata. W 2000 r. Davo Karnicar ze Słowenii, jako pierwszy zjechał Mount Everest na nartach.

wtorek, 28 maja 2013

Trzy razy przeżył śmierć kliniczną – twardziel czy świr?

              Krzysztof Fus… Znacie? Nie? Założę się, że tak! Niedawno obchodził 71-te urodziny, jest nestorem polskich kaskaderów. Przez 50 lat pracy wystąpił w około tysiącu filmów fabularnych, przedstawień teatralnych, dublował aktorów również w popularnych serialach. 
Podejmował się najtrudniejszych zadań, łamał sobie kości i kręgosłup, poparzeń nie liczył, trzy razy znalazł się w stanie śmierci klinicznej. Skórę na twarzy ma przeszczepioną od matki - po wypadku w 1967 r., kiedy spaliło mu twarz - na planie „Dublerów” Marcina Ziębińskiego urwało mu nogę. Jego opowieści to ból, szpitale, operacje, paraliż, rehabilitacja… Kręgosłup trzyma się na sprężynach, gdy przechodzi przez bramkę na lotnisku ciągle coś brzęczy.
Co wyczyniał w głowie się mieści! W filmie „Znicz olimpijski” skakał z kolejki linowej na Kasprowy Wierch, dwa razy skok się udał, za trzecim razem nie trafił w sosnę i z 40 metrów walnął w ziemię! Przeżył, co zakrawa na cud!
Debiutował w 1966 r. rolą marynarza w „Cała naprzód” Stanisława Lenartowicza. Później występował w „Stawce większej niż życie” czy „Trzeciej części nocy” Andrzeja Żuławskiego, współpracował na planie m.in. ze Zbyszkiem Cybulskim czy Markiem Perepeczko. W swojej karierze grał ochroniarzy, dublował Zofię Merle, wcielał się w lwa oraz krokodyla. W szczytowym okresie swojej kariery (koniec lat 70.) Krzysztof Fus uchodził za najlepszego fachowca w swojej dziedzinie.
Jego sławie towarzyszył strach, ludzie się go bali. Dotyczy to szczególnie jego czasów wrocławskich, gdy studiował na WSWF-ie. Po kilku głębszych był nieobliczalny, niebezpieczny dla siebie i otoczenia. Kopniakami wywalał drzwi, skakał po dachach, wychodził przez okno…
Krzysztof Fus jest teraz jest inwalidą i stroni od planów filmowych. Ostatnio zrobił wyjątek tylko dla Jerzego Hoffmana i jego „Bitwy Warszawskiej”, w której odpowiadał za ewolucje kaskaderskie.
Krzysztof Fus jest obecnie prezesem Filmvisage, stowarzyszenia organizującego białostocki Międzynarodowy Festiwal Zawodów Filmowych, Telewizyjnych i Teatralnych. Stowarzyszenie nagradza przede wszystkim wyrobników filmu, zazwyczaj „niewidocznych” dla widzów - m.in. scenografów czy kaskaderów.



niedziela, 26 maja 2013

Po śmierć na Mount Everest

           Głośno było ostatnio o Japończyku Yuichiro Miura, który w wieku 80 lat zdobył po raz trzeci szczyt Mount Everest. Jest to wymarzony sukces wszystkich himalaistów. Odnotowano już ponad 3000 wejść na ten ośmiotysięcznik. Jednak od 60 lat (pierwsze wejście na szczyt) zginęły już tam 233 osoby. W samym 2012 roku życie straciło 10 himalaistów.
            
          
           Często przyczynami zgonu są burze śnieżne, lawiny lub po prostu śmiertelne upadki. Największym niebezpieczeństwem jest niskie ciśnienie, które obniża poziom tlenu w powietrzu. Powietrze tak ubogie w tlen jest przyczyną ogromnego wyczerpania. Himalaiści w tym czasie zasypiają na zawsze.
 
              Wzdłuż tras wiodących na szczyt, leży ponad 200 ludzkich zwłok. Himalaiści z czasem przyzwyczajają się do takiego widoku, ale dla wszystkich innych może być on szokujący. Jedna z himalaistek po zawiśnięciu przez lata wisiała na swojej linie. Ciała są zmumifikowane mrozem, praktycznie nie ulegają rozkładowi (wydobycie zmarłych wiąże się ze zbyt dużym ryzykiem).













            
           Nikt o tym głośno nie mówi, ale martwe ciała zalegające na trasach wspinaczkowych, służą jako swoiste drogowskazy. Niektóre, bezimienne zwłoki, maja nadane „imiona” - np. „zielone buty”. Praktycznie każdy może wybrać się na szczyt, co kosztuje od 25 do 65 tys. dolarów.
            Niektóre zwłoki znajduje się po latach, wtedy dopiero jest szansa na pochowanie. Ciało legendarnego angielskiego wspinacza Georga Mallory'ego, który zaginął w 1924 roku odnaleziono dopiero w 1999 roku. Do tej pory nie wiadomo, czy przypadkiem nie on pierwszy zdobył Mount Everest.