Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DZIWY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DZIWY. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 grudnia 2013

Czarna kura, czarne kości i mięso

           Ayam Cemani to bardzo rzadka rasa kur, pochodzących z Indonezji. Ayam językowo oznacza „kurczak", a „Cemani” po jawajsku „całkowicie czarny".
               Rasa pochodzi z wyspy Jawa (Indonezja). Po raz pierwszy takie kury zostały przywieziony do Europy w 1998 r. przez holenderskiego hodowcę, Jana Steverinka. Obecnie spotkać je można w Holandii , Niemczech , Słowacji i Czechach . Istnieje kilka odmian Ayam Cemani.
               Ptaki są całkowicie czarne: mają czarne upierzenie z zielonkawym połyskiem, czarne nogi i szpony, czarny dziób i język, grzebień, a nawet czarne mięsa i kości. Wewnętrzne narządy są również czarne. No, powiedzmy, „ciemne”. Koguty ważą 2 -2,5 kg, a kury od 1,5 -2 kg. Ich jajka są białe z różowym odcieniem, o wadze ok. 45 g, a zanoszą ich ok. 80 rocznie.
              Para takich ptaków kosztuje w granicach 100 dolarów, ale gwarancji zupełnej czystości rasy poza Indonezją, nie ma. A ten kraj na import żywych kurczaków postawił zdecydowany szlaban!
              Ze względu na czarne mięso, często „używane są” do celów mistycznych. Niektórzy hodowcy określają rasę Ayam Cemani, jako „Lamborghini drobiu."
Jeszcze ciekawostka – z ich piór produkuje się znakomity tusz!



poniedziałek, 25 listopada 2013

Niecodzienne hotele, czyli nocleg „z jajem”

            Człowiek ponoć trzy rzeczy musi robić na pewno: oddychać, jeść i spać. O seksie – milczę! Komara uciąć można na gołej ziemi i w eleganckich apartamentach, kwestia kasy i gustu. Niektóre hotele są tak niecodzienne, że zasługują na specjalne wzmianki. Trochę już o tym było:
Spanie w bucie, samolocie czy wiatraku

            Dzisiaj następna porcja „sennych” propozycji. Na początek Kostaryka.
Niedaleko od miejscowości Quepos (3 km), na nadmorskim urwisku położony jest hotel Costa Verde. 
               Otacza go dżungla, a sam hotel (spa i komfortowe pokoje) urządzony jest w samolocie, starym Boeingu 727. Samolot, wyprodukowany w 1965 r., latał liniami South Africa Air i Avianca Airlines i miał być złomowany na lotnisku w San Jose. Odkupił go Manuel Antonio, postawił na 15-metrowym cokole i przystosował do usług hotelowych. Pokoje, łazienki i aneks kuchenny, wyłożone są drewnem tekowym, a na skrzydle samolotu znajduje się taras widokowy. 
               Controversy Tram Hotel znajduje się w holenderskiej miejscowości Hoogwoud. Wygląda jak mała, opuszczona stacja kolejowa. Uruchomiło go małżeństwo Frank i Irma Appel, a wykorzystano tramwaje, sprowadzone do tego celu z Amsterdamu i Niemiec. Pokoje są przestronne, komfortowe, z pełnym węzłem sanitarnym, ale każdy urządzony jest w innym stylu: włoskim, francuskim, angielskim i amerykańskim.
                Sypialnia właścicieli znajduje się w piętrowym, angielskim autobusie, wkomponowanym w ścianę budynku, a jadalnia to francuski van.
               Wokół hotelu umieszczono mnóstwo samochodów, samolot myśliwski, a nawet statek kosmiczny z biblioteką wewnątrz. Jest co zwiedzać! Nic dziwnego, że organizowane są wycieczki, nawet dla osób nie korzystających z oferowanego noclegu. 
                Hotel Löwengraben w Lucernie oferuje nocleg „za kratkami”. Jeszcze niedawno mieściło się tam ponad 100 lat więzienie, z którego ponoć nikt nie uciekł. W 1998 r. budynek przekształcono w hotel. Do wyboru są różne kategorie pokoju: od oryginalnej celi więziennej (zaopatrzonej jednak w wygody), aż po bardzo przytulny „suite” urządzony w dawnym biurze dyrektora więzienia. Ceny za celę zaczynają się już od ok. 70 euro za noc, czyli „tanio” jak barszcz! 
               To słynne kapsuły japońskich biznesmenów, którzy „utknęli” w drodze do domu.
Malutkie pomieszczenia w kształcie prostopadłościanu, są ułożone jedne na drugich, w rzędach po kilkadziesiąt, w jednym dużym pomieszczeniu. Wewnątrz, do dyspozycji nocujących, jest telewizor, radio, budzik i telefon. W pobliżu znajdują się łaźnie z wanną i jacuzzi, ale to w Japonii publiczne łaźnie to standard. Cena za noc wynosi ok. 5 tysięcy jenów (100 zł), czyli do przełknięcia! 


                W fińskiej Laponii (Kakslauttanen) odwiedzić można tzw. Snow Village, czyli Śnieżną Wioskę. Jest to teren o powierzchni ponad 20 tysięcy m2, gdzie co roku zwożone są tony śniegu, a z nich rzeźbione prawdziwe lodowe cudeńka. Zwiedzić można galerie z lodowymi dziełami sztuki, zjeść kolację z IceBarze, spędzić wieczór w igloo disco, popijając drinki w kieliszkach z lodu i przenocować w Snow Hotelu.    Temperatura w „lodowym” pokoju jest zgodna z oczekiwaniami, waha się między minus 2 – 5 stopni Celsjusza. Hotel ma duże powodzenie, zwłaszcza wśród fanów krioterapii. Po „upojnej” nocy można się pomodlić w „śnieżnej kaplicy”. Jak by nie było – tylko dla twardzieli!
              Jednak podstawowym wyposażeniem prawdziwego „globtrotuara” długo jeszcze pozostaną taszczone na plechach namiot, karimata i śpiwór. Tak też świat można zwiedzić, byle tylko zdrowie dopisało!







niedziela, 10 listopada 2013

Schody do nieba

            Na szczycie 40-metrowej, pionowej skały, podobnej do maczugi, niedaleko miejscowości Chiatura (Gruzja) znajduje się mała cerkiew, w której od okolo 20 lat mieszka 56-letni mnich Maxim.
              Wejść tam można tylko po drabinie, za jego pozwoleniem. 
 
           Wnętrze jest skromne, wręcz minimalistyczne.













              Świątynię na kolumnie Katskhi zbudowano prawdopodobnie w V lub VI wieku (niektórzy historycy twierdzą, że w IX lub X wieku) na część Boga Płodności. Drabinę na szczyt miesjcowi mieszkańcy nazywają „schodami do nieba”.
             W 2009 roku, przy wsparciu rządu Gruzji, cerkiew została odnowiona.





środa, 23 października 2013

Fotograficzna zabawa z perspektywą

             Michael Paul Smith mieszka w Bostonie (USA).Jest ilustratorem książek, projektantem wystaw muzealnych, reżyserem teatralnym, tworzącym również makiety architektoniczne oraz zajmującym się malowaniem domów i kładzeniem tapet, ale przede wszystkim jest pasjonatem fotografii. Wszystkie swoje umiejętności wykorzystuje do tworzenia niesamowitych zdjęć ze sztuczną perspektywą, przedstawiających obszerną swoją kolekcję (ponad 300) modeli samochodów. To jak sam mówi „ekscentryczne hobby".
            Przez ostatnie 25 lat Michael Paul Smith buduje i fotografuje fantastyczny świat „Elgin Park". Dla każdego ujęcia ustawia stary stół w plenerze i projektuje na nim kolejną scenę z samochodami. Co ważne, są to sceny bardzo realistyczne. 





               Buduje budynki w skali 1:24, coś na zasadzie klocków Lego. Potem to „tylko” kwestia odpowiedniej odległości od prawdziwych budynków i sprawa głębi ostrości, związana również z odległością od fotografowanych obiektów.
              Sztuczna perspektywa stosowana była w kinematografii już w latach 20. XX wieku. Ponieważ koszty tworzenia pełnowymiarowych dekoracji dla filmu były zbyt duże, budowano mniejsze modele i ustawiano je w odpowiedniej odległości od aktorów, by stworzyć iluzję miasta i plenerów. Stosuje się to również współcześnie, gdyż widzowie są już nieco znudzeni efektami komputerowymi. Modelarstwo przeżywa renesans.

środa, 2 października 2013

Świątynia Smoka

            W małej miejscowości Nakhon Pathom, o godzinę drogi od stolicy Tajlandii, Bangkoku, znajduje się niesamowita wręcz Świątynia Smoka (Wat Samphran). 
 
            Jest to wysoka na 17 pięter czerwona wieża, którą oplata olbrzymi smok. Miejscowość rzadko odwiedzają turyści, gdyż leży na uboczu.
             Świątynię zwiedzać można do 10 piętra, wyżej wstęp jest wzbroniony. Brakuje pieniędzy na jej konserwację, stąd też kompleks (mniejsze pagody, park) do zwiedzania udostępniony jest tylko częściowo. 



















              W parku obok świątyni umieszczono kilkanaście olbrzymich rzeźb zwierząt – słoni, delfinów, smoków, nawet królików. Jest tam również budynek w kształcie żółwia. 

 
          Nie mogło zabraknąć olbrzymiego posągu Buddy.
          Legenda mówi, że w świątyni ukryte są skarby, ale... Jak na razie nikt niczego „cudownego” nie znalazł.
Wszystko przed nami! Wystarczy spakować plecaki i w drogę!



poniedziałek, 2 września 2013

Święte drzewo banjan

               Figowiec bengalski (Ficus benghalensis L.), zwany też banjanem, pochodzi z Indii i Pakistanu. Imponuje wielkością, szczególnie „wszerz”. 
               To jest jedno drzewo! Od jego poziomych gałęzi wyrastają pionowe pędy, które wrastają w ziemię i się zakorzeniają. Stają się w ten sposób dodatkowymi pniami, które podtrzymują koronę i przewodzą wodę wraz z solami mineralnymi. Niektóre drzewa mogą mieć ponad 300 takich masywnych pni bocznych (tzw. Wielki Banian rosnący na terenie ogrodu botanicznego w Kalkucie ma aż 2880 pni o wysokości 24,5 m). Korona przedstawicieli tego gatunku może pokrywać powierzchnię ponad 2,1 ha (ponad kilometr obwodu). Na obszarze o średnicy nawet 500 m znajdować się mogą pnie jednego osobnika.
               Drzewa banjan noszą indyjską nazwę „akszajawata" i są obiektami kultu w hinduizmie. Jego gałęzie są czczone podczas Szasti pudźy. Szczególnym kultem banjan otaczany jest przez kobiety w miesiącu dźjesztha (od połowy maja do połowy czerwca) w stanach Maharasztra i Gudżarat w Bengalu, gdzie personifikację Brahmy.
             W południowych Indiach drzewo jest czczone również jako siedziba bóstwa Śiwy. Wczesne dzieło tamilskie „Ahananuru”, opisuje banjan jako przykład nieposiadającej dachu świątyni.


poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Ale świnia!

Catherine Dawes, mieszkanka Blantyre (Anglia), na 50. urodziny fundnęła sobie świnkę- miniaturkę. Pojechała do Nottingham i wybuliła niemało, bo ponad £ 500, ale co tam, żyje się raz!
Nowy nabytek - nazwała go Dudley - szybko się zadomowił, ale niepokojące było to, że prosiaczek jadł i jadł i …rósł jak na drożdżach. Świnka-miniaturka po dwóch latach osiąga wagę ok. 25 kg i wielkość średniego psa. 
W końcu Catherine Dawes zdała sobie sprawę, że hodowca zrobił ją w konia. Po trzech latach Dudley mierzy od nosa do końca niewielkiego ogona ok. 1,80 m, a waży – bagatela! – ok. 260 kg. Prawdopodobnie to świnka wietnamska lub jakaś jej krzyżówka. Kobieta próbowała reklamować nabytek, ale handlarz przepadł jak kamień w wodę. 
               Teraz Dudley traktowany jest jak członek rodziny. Wieczory spędza w mieszkaniu właścicielki i razem oglądają telewizję. Jego przysmakiem są banany, ponoć bardzo lubi przytulanie. Początkowo nie bardzo dogadywał się z pudelkiem, który stał się zazdrosny o utraconą pozycję jedynego rezydenta, ale jakoś się „dogadali”. 
  Dudley pozostaje w domu tylko w dzień, a śpi w specjalnie dla niego przystosowanej, wyścielonej słomą i ogrzewanej komórce w ogrodzie. Ma „zakaz” pokazywania się od frontu domu, gdyż budził niezwykłą sensację.



poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Spanie w bucie, samolocie czy wiatraku

             Ogólnoświatowy „trynd” wypoczynku coraz bardziej skłania ludzi do poszukiwań lokum jednocześnie stosunkowo taniego, ciekawego i wygodnego. Coraz mniejsza popularnością cieszą się „zwykłe” hotele i motele. Można znaleźć naprawdę ciekawe propozycje, ale z taniością mają niewiele wspólnego.
            Ale osób chcących odpocząć od monotonii mogą teraz przejść na trend unikalnych pomieszczeń w budynkach tak różnorodne, jak gigantycznym bucie, przebudowanej wieży wodnej - a nawet były Boeing 747. 
 
           W Nowej Zelandii (Tasmania) można zamieszkać w dwuosobowym „bucie”. Szukające samotności pary mogą przenocować za „jedyne” 153 £ . 










 
            Właściciel tej wieży ciśnień w North Kensington, Londyn, wynajmuje pokoje dla turystów. Są tam trzy niezależne, okrągłe pokoje w cenie 120 £ do 150 £ za noc. 








 
          Hotel w Mykonos urządzono w starym wiatraku.













             W hotel z 85. miejscami został przekształcony samolot Jumbo Jet w pobliżu lotniska w Sztokholmie w Szwecji. Cena 118 £ za noc.






           Podczas pobytu w hotelu Wigwam Motel off Route 66 w San Bernardino (Kalifornia) za noc w pokoju standard zapłacić trzeba 44 £.









 
               W mieście Ronks (Pensylwania) hotel zorganizowano w wagonach kolejowych. Dysponuje 46 klimatyzowanymi pokojami, cena ok. 70 - 80 £ za noc.








              I co? Jedziemy?! A jak nie, przedsmak wyprawy można poczuć w swojej altance na działce, dopóki „działacze” jeszcze do końca nie nagrzebali w przepisach o ogródkach działkowych. Potem, być może, pozostanie nam zbudowanie szałasu.

 

niedziela, 18 sierpnia 2013

Jedna cegła i jaskółki

             Jiayuguan to chińskie maisto liczące ok. 130 tys. mieszkańców. Słynie z fortecy, która stanowi zachodni kraniec Wielkiego Muru Chińskiego.
         Została zbudowana w 1372 roku, za panowania cesarza Hongwu. Wybudowano ją na planie kwadratu, nad doliną otoczoną ze wszystkich stron górami. Okala ją wysoki na 11 i długi na ponad 730 metrów mur zwieńczony dwoma wysokimi, trzykondygnacyjnymi basztami obronnymi w narożnikach oraz basztami obserwacyjnymi w jego północnej i południowej części. Twierdza posiada dwie bramy, które dla bezpieczeństwa wyposażono w potrójne dachy i wewnętrzne dziedzińce. Zabezpieczało ją kilka linii obronnych, z czego wewnętrzna ma obwód 640 metrów i zajmuje 2,5 hektara powierzchni. W wewnętrznej części znajdowały się magazyny i studnia zapewniające możliwość długiej obrony w wypadku oblężenia, a także świątynia buddyjska. Na bogate zdobnictwo twierdzy składają się pokryte szkliwem dachy i elementy dekoracyjne wykonane w ceramice, drewnie i kamieniu.
        Według popularnej legendy budowę twierdzy zaplanowano tak starannie, że podczas jej wznoszenia pomylono się względem przewidywanego zużycia materiałów tylko o jedną cegłę. Fortecę ponoć zbudował Yi Kaizhan, bardzo biegły matematyk. Obliczył, ze na budowę potrzeba dokładnie 99.999 cegieł. Nadzorca uprzedził go, ze jeśli się pomylił choćby o jedną cegłę, wszyscy robotnicy zostaną skazani na 3 lata ciężkich, przymusowych robót. Po zakończeniu budowy nadzorca już zacierał ręce, gdyż został właśnie jedna cegła. Yi Kaizhan stwierdził, że została położona przez nadprzyrodzoną istotę i stabilizuje całą budowlę. Jej usunięcie spowoduje zawalenie całej konstrukcji. Cegła leży do dzisiaj. 
               Inna legenda mówi o jaskółce, która zmarła ze smutku, gdyż do gniazda z powodu zamkniętych bram nie mógł wrócić jej partner. Uderzając w bramę poniósł śmierć. Duch jaskółki czekającej na „męża” pozostał w murach twierdzy. Gdy ktoś zapuka w ścianę może usłyszeć jej świergot i jest to bardzo pomyślny znak.
              W starożytnych Chinach generałowie i żołnierze modlili się pod tą ścianą przed wyruszeniem na pole walki. Potem ich żony „wypukiwały” ich bezpieczny powrót.



 

czwartek, 18 lipca 2013

Największy zachowany w całości meteoryt

           Meteoryt Hoba, to największe tego rodzaju znalezisko. Jego wagą szacuje się na przeszło 60 t. Znajduje się na terenie farmy Hoba West w pobliżu (24 km) miasta Grootfontein w Namibii. Tam też został znaleziony. Meteoryt ma w przybliżeniu kształt prostopadłościanu, z kwadratową podstawą o boku 2,7 m oraz wysokości 90 cm. Składa się w 84% z żelaza, 16% z niklu ze śladowymi ilościami kobaltu. Ma zatem typowy skład dla meteorytów żelaznych zwanych ataksytami.
           Meteoryt Hoba jest największym znanym kawałkiem żelaza rodzimego, znajdującym się na powierzchni Ziemi. Spadł ok. 80 tys. lat temu. Ponadto ma bardzo nietypowy kształt – jest płaski. To mogło spowodować, że wielokrotnie odbijał się od atmosfery Ziemi, jak kaczka puszczana na wodzie. Tracił przy tym swoją prędkość związaną z orbitalnym ruchem wokół Słońca. W efekcie jego upadek na powierzchnię Ziemi miał charakter spadku swobodnego. Nie zagłębił się bardzo w ziemi i nie utworzył na tyle dużego krateru, który zachowałby się do naszych czasów.
          Odkrycie meteorytu Hoba było przypadkowe. Farmer, orząc wołami swoją ziemię, usłyszał zgrzyt lemiesza pługu o metal. Przeszkoda nie dała się wydobyć i uniemożliwiała dalszą orkę. Wkrótce potem naukowiec Jacobus Hermanus Brits odkopał znalezisko i zidentyfikował je jako meteoryt. Jego raport dotyczący meteorytu, opublikowany w 1920 r., od roku 1955 znajduje się w Namibijskim Muzeum w Grootfontein.

środa, 17 lipca 2013

Dziwne epidemie – śmiech nie zawsze znaczy zdrowie!

             Dwa lata temu dziwna choroba rozprzestrzeniła się w Wietnamie. Zapadła na nią m.in. młodzież ze szkół w tamtejszej prowincji Phu Yen. Objawy w każdym wypadku były takie same - uczniowie tracili przytomność; upadali, by za chwilę wstać i przewrócić się ponownie. Specjaliści stwierdzili, że chorobę nie powodowały ani toksyny, ani zarazki. Najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem była zbiorowa histeria. 
              Eksperci przypominają, że do podobnych wypadków dochodziło już w przeszłości niejednokrotnie. W 1518 r. we Francji, na ulicach Strasburga, zaczęły się pojawiać osoby, które ni stąd, ni zowąd, zaczęły tańczyć. Dziwaczna epidemia, przez niektórych nazywana „taneczną” dotknęła wówczas setki osób. Wszystko zaczęło się od kobiety, która nazywała się Frau Troffea. Ona ponoć „zaraziła” innych. W ciągu tygodnia dołączyły do niej 34 osoby, a w ciągu miesiąca już 400. Wiele osób zatraciło się w tańcu do tego stopnia, że nie przeżyło ataku tajemniczej „choroby”. Niektórzy umarli z głodu i wycieńczenia, tańcząc bez wytchnienia wiele dni. Wielu zmarło na atak serca bądź udar.
             Wydarzenia w Wietnamie były okazją do przypomnienia „epidemii śmiechu” w Tanganice (kiedyś nazwa części Tanzanii) i Ugandzie. Rzecz miała miejsce w 1962 r. Wielu uczniów tamtejszych szkół zostało zarażonych niekontrolowanymi wybuchami śmiechu. Znaczna ich część śmiała się bez przerwy przez wiele dni – u rekordzisty atak trwał aż 16 dni. „Choroba”, której pierwsze objawy zanotowano u trzech dziewcząt w jednej ze szkół w miejscowości Kashasha, błyskawicznie rozprzestrzeniała się na kolejne osady. Szacuje się, że zapadło na nią wówczas ok. 1000 osób. Co ciekawe, dotknięci zostali nią wyłącznie uczniowie. Nauczyciele, którzy nie byli w stanie pohamować znajdujących się w amoku podopiecznych, zostali zmuszeni do zamknięcia szkół. Śmiech momentami był przerywany przez płacz, omdlenia i okrutny ból wywołany przez morderczy chichot.
            W 2008 r., także w Tanzanii doszło do incydentów, które do złudzenia przypominają wydarzenia wietnamskie. 20 uczennic zaczęło wtedy nagle upadać na podłogę i tracić przytomność. Te które nie zemdlały, a były jedynie świadkami dziwnego zdarzenia, zaczęły histeryzować i wrzeszczeć; inne biegały wokół szkoły.
              Kurcze! Nie było pod ręką żadnego egzorcysty?! Przecież gołym okiem widać, że to „robota diabła”! Zuuło, zuuło, zuuło!



sobota, 22 czerwca 2013

Ufoludek w Chinach

            Wiadomości o UFO i wizycie obcych na ziemi, raz po raz elektryzują świat. A to wylądują w zbożu, a to załadują się na furmankę i pogadają z driverem, a to nawet coś tam mogą wszczepić do mózgu.
Gościu z Chin twierdzi, że UFO widział „bankowo”, nie dość tego - „zgarnął” jednego z załogantów. 
 
        Ufoludka trzyma w oszklonej skrzyni, przeciera wieku, by chętni mogli obcego podziwiać. 

















          Jakiś ci on „klajstrowaty”, ciastowaty jak niedokończony wypiek. W dużym zbliżeniu przypomina wytrysk silikonu, ale co tam! Ludziska mają radochę i wierzą w oryginalność stwora.
          Jak to skomentował pan Zenek - emerytowany oborowy - po kilku „mamrotach”, nie takie rzeczy my ze szwagrem widzieli!




wtorek, 18 czerwca 2013

Co jest na banknocie 20-złotowym?

            Rzadko kiedy dokładnie przyglądamy się banknotom. Chyba nie bardzo potrafimy powiedzieć, co się na nich znajduje. Na obecnym banknocie polskim o nominale 20 zł., została umieszczona cieszyńska rotunda, jako jeden z najstarszych zabytków budownictwa polskiego. 
 
            Wizerunek rotundy umieszczony jest na odwrocie banknotu, po lewej stronie monety i jest niejako w tle.






             Romańską rotundę pełniącą funkcję kaplicy zamkowej i kościoła grodowego, czyli Kościół św. Mikołaja w Cieszynie, datuje się na pierwszą połowę VI w. Ostatnie badania wskazują, że jest młodsza, powstała około 1180 r.
Zbudowana z płaskich ciosów wapiennych, na planie koła z podkowiastą apsydą. Kolista nawa jest przekryta kopułą z kamieni układanych koncentrycznie, apsyda półkopułą. W północnej części nawy znajdują się schody prowadzące na emporę, umieszczone w grubości muru. Od zewnątrz w miejscu schodów mur jest pogrubiony i tworzy rodzaj słabo występującego wykusza nadwieszonego na kroksztynach. Klasycystyczna przebudowa w 1839 r., według projektu Josepha Kornhäusela wiązała się z wybiciem dużych, półkolistych okien i otynkowaniem elewacji. W latach 1947-1955 przeprowadzono konserwację, w trakcie której rotundzie przywrócono pierwotny charakter, a na podstawie zachowanych fragmentów zrekonstruowano emporę w części zachodniej.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Najdziwniejsze muzea - od korkociągów, przez żołnierzyki po bandytyzm

            Włochy są krajem często i chętnie odwiedzanym przez turystów. O zabytki człowiek się wręcz potka, nęcą również liczne muzea, niekiedy tematycznie wręcz odlotowe.
Trafić można na takie osobliwości jak m.in. muzeum korkociągów, butów sportowych, kominiarskich szczotek czy bandytyzmu.
 
            W mieście Imperia w Ligurii zwiedzić można muzeum włoskiej piosenki, jak również muzeum drzewa oliwnego i cywilizacji w okresie 6000 lat.
             W Mediolanie znajduje się imponujący zbiór komiksów z całego świata.











 
             Również w Mediolanie zwiedzający mogą podziwiać imponującą kolekcję maszynek do golenia, a w Barolo, gdzie produkuje się znakomitego wina, zbiór korkociągów.
             Turyści z całej Europy przybywają do Ferentillo w Terni, by obejrzeć stosunkowo mało znanego muzeum mumii.
            W Oristano na Sardynii jest muzeum czarownic.
 
              W Modenie znajduje się muzeum zbieranych naklejek do albumów, wydawanych przez słynne na całym świecie wydawnictwo Panini.
              W Trieście, gdzie często wieje porywisty wiatr bora, osiągający prędkość ponad 100 km na godz., urządzono muzeum wiatrów.






 
              Muzeum w Neapolu, dedykowane jest najsłynniejszym tamtejszym aktorom, w tym kultowemu komikowi Toto.
              W Treviso, w 13 salach prezentowana jest wystawa obuwia sportowego (ponad dwa tysiące par!), począwszy od XIX wieku.
             Niedaleko miasta Macerata znajduje się muzeum kłusa końskiego. Zgromadzono w nim setki plakatów, obrazów i zdjęć.









 
              W muzeum koło Caserty można poznać historię gladiatorów, a to Genua oferuje zwiedzanie archiwum historycznego reklamy, a w nim najstarsze, pionierskie plakaty i ulotki.



 
              Przez dzieci, ale również przez dorosłych, masowo odwiedzane jest muzeum lalek w Varese na północy Włoch. Jest ono jedno z największych w Europie.
            Dla małych i dużych chłopców propozycję ma muzeum ołowianych żołnierzyków w Bolonii. Kolekcja liczy 12 tysięcy figurek.





 
            Jedną z najbardziej dziwnych ekspozycji jest muzeum rozbojów i bandytyzmu, które mieści się w Latinie, w środkowych Włoszech. Przedstawia ono historię tej plagi, rozpowszechnionej szczególnie w latach 60. XIX wieku.
           W tym samym mieście znajduje się muzeum Latina Piana delle Orme, w którym eksponuje się „trzy w jednym”. Jest to historia udziału Włoch w II wojnie światowej (figurki żołnierzy, broń i sprzęt), stare zabawki i lalki.
            Nic tylko zwiedzać! Może to i bardziej sensowne, niż rozdeptywanie w tłumie turytów starożytnych zabytków, szczególnie, gdy pada. We Włoszech też to się zdarza!