Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Śmierć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Śmierć. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 czerwca 2014

Hospicjum dla samochodów

             Fachowcy twierdzą, a badania rynkowe to potwierdzają, że na całym świecie wyraźnie pada sprzedaż nowych samochodów. Powstał problem – co robić z tymi nie sprzedanymi? W globalnej skali są to, dosłownie, miliony egzemplarzy. Gromadzi się je na swoistych cmentarzyskach, gdzie powoli odchodzą w niebyt. 
Sheerness, Wielka Brytania
              By takie cmentarzysko odpowiednio urządzić, nie przebiera się w środkach. Wycina się setki hektarów drzew, zalewa betonem parking. 
              Na parkingu w porcie Baltimore, w stanie Maryland (USA) zgromadzono ponad 57 000 pojazdów, które czekają na wysłanie do innej części kraju.
           Tor testowy Nissana, znajdujący się w Sunderland, w Wielkiej Brytanii. Nie jest już używany zgodnie z jego przeznaczeniem, dzisiaj to wyłącznie przechowalnia niesprzedanych samochodów. Teraz Nissan potrzebuje dodatkowego miejsca, jak wiele modeli „nie poszło”
Wydaje się, że rozwiązanie było by po prostu ograniczenie produkcji. Skutek mógłby być jednak odwrotny do zamierzonego. Prowadzić by to mogło do olbrzumiego wzrostu bezrobocia i w konsekwencji potężnego, światowego kryzysu gospodarczego.
            Przemysł motoryzacyjny to również huty, stalownie, dziesiątki i setki firm produkujących akcesoria. 
               Platforma w pobliżu miasta Corby w Anglii, na której stoją tysiące Citroenów. Codziennie dochodzą nowi „goście” z Francji. 
  Doki pobliżu Bristolu. Zdjęcie zostało zrobione przez satelitę Google
             Na całym świecie wolne tereny, nawet parki, są stopniowo wypełnione przez niesprzedane samochody. Praktycznie nikt o nie nie dba. Kupić je można z bardzo dużym rabatem, ale jeśli samochód ponad rok stoi pod gołym niebem, nie nadaje się do użytkowania.
            Pesymiści twierdzą, że z czasem Ziemia zmienić się może w jedno, wielkie cmentarzysko samochodów. Jedyne wyjście producenci widzą w bezpłatnej wymianie aut na nowe modele, po jakimś, określonym czasie użytkowania.


poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Co cię nie zabije, to cię wzmocni

Przez tysiąclecia ludzie nauczyli się metodą prób i błędów, które rośliny są dobre do jedzenia, a których najlepiej unikać. Najczęściej wzorcem był „jadłospis” zwierząt.
Wiadomo – muchomora się nie je, ani cebulek kwiatów czy śnieguliczek, ale - o dziwo! - niektóre jedzone na co dzień produkty, mogą wyprawić człowieka na tamten świat.

Dendrocnide moroides
              Jest to roślina z rodziny pokrzywowatych. Występuje w Australii, zwłaszcza w stanie Queensland, poza tym na Wyspach Korzennych i w Indonezji. Rośnie w lukach lasów deszczowych i w innych miejscach nasłonecznionych, osiąga wysokość nawet 4m. . Posiada bardzo niebezpieczne włoski parzące, powoduje przy dotknięciu silne pieczenie i ból, u ludzi mogący się utrzymywać przez wiele dni, a nawet miesięcy. Włoski przenikają także przez odzież. W przypadku poparzenia zalecane jest usuniecie włosków z poparzonej skory, np. przy pomocy wosku. Niektóre, zamieszkujące Australię gatunki zwierząt są odporne na poparzenia, a nawet żywią się tym gatunkiem rośliny.
             Nie odnotowano śmierci człowieka w wyniku poparzenia, ale świnie, konie, psy wyzionęły ducha. 

Cykuta
             Jest to jedna z najbardziej znanych roślin trujących w historii, ponoć po jej zażyciu zmarł Sokrates. Wszystkie części rośliny zawierają alkaloid (koniina), któy powoduje bóle brzucha, wymioty i postępujące porażenie ośrodkowego układu nerwowego. Znana jest też pod nazwami - kasza diabła, trujący bób lub zatruta pietruszka. 

Jabłka
             Jeśli co do zdrowotnych właściwości jabłek nie ma wątpliwości, to od pestek trzeba się trzymać z daleka. Zawierają glikozydy cyjanogenne, duża ich ilość może spowodować nawet zgon. 
 
Fasola Castor (rącznik)
             Nasiona zawierają wysokie stężenia rycyny, jednej z najbardziej toksycznych substancji. Jest tak zabójcza, że może być stosowana jako broń biologiczna i jest sklasyfikowana jako broń masowego rażenia. Jedno ziarno może zabić dorosłego cz łowieka w ciągu kilku minut.
            Rącznika jest często uprawiane w celach dekoracyjnych.

Wilcza jagoda
            Gatunek rośliny z rodziny psiankowatych (Solanaceae). Ma wiele nazw zwyczajowych: wilcza wiśnia, wilcza jagoda, psinki, leśna tabaka, belladonna. Występuje w Europie, Afryce Północnej, Azji Zachodniej. W Polsce także roślina uprawna i dziczejąca.
           Nazwa mówi wszystko - zarówno liście i jagody tej rośliny są bardzo toksyczne. Ma długą, barwną historię stosowania jako trucizny. Z rodziną psiankowatych spokrewnione są również ziemniaki, pomidory, bakłażany i papryka chili. Wszystkie te rośliny zawierają toksyny, zazwyczaj w liściach








sobota, 22 marca 2014

Słowa też umierają

           Stare, niekiedy bardzo piękne słowa, odchodzą w zapomnienie, umierają wraz z używającymi ich ludźmi. Odeszły takie jak smętarz, samojeden, małodobry (kat!), w tref (w sam raz) czy z jutra (z rana). Długo by można wymieniać!
            Ciekawa jest ewolucja w języku polskim nazw miesięcy. Dawni Słowianie nie znali rachuby lat. Odległe w czasie wydarzenia wyróżniano na postawie towarzyszących im szczególnych zdarzeń (zjawiska astronomiczne, wojny, epidemie, klęski żywiołowe, uroczystości plemienne). Bieżącą rachubę czasu wyznaczały zjawiska przyrodnicze, a przede wszystkim pory roku oraz cykl prac gospodarskich. 
            Po chrystianizacji Słowian, ich pierwotny kalendarz zastąpiony został powszechnie używanym w całej Europie, opartym na kalendarzu rzymskim. Dostosowano również nazwy miesięcy.
            Trochę żal...


poniedziałek, 24 lutego 2014

Starość nie radość

             Mieszkająca w Filadelfii 43-letnia Isa Leshko jest autorką projektu fotograficznego „Stare zwierzęta”. Konfrontacja z przemijaniem, śmiercią, chorobą i starością była dla niej osobistą traumą, gdyż przez rok opiekowała się cierpiącą na Alzheimera mamą. Ze względów etycznych nie fotografowała ludzi dotkniętych tą chorobą, gdyż jak sama mówi, ma duże zastrzeżenia do zdjęć ludzi, którzy nie są w stanie wyrazić na to świadomej zgody. Wykonała jednak cykl portretów ludzi w podeszłym wieku, a potem (2011 r.) projekt rozciągnęła na zwierzęta. 

 

 
 
             Wybrała zwierzęta gospodarskie i domowe, a głównym celem przedsięwzięcia było zwrócenie uwagi na ich los i sposób traktowania przez ludzi. Spędzała z nimi dużo czasu, czasem kilka godzin leżąc na ziemi obok nich. Przyzwyczajały się do jej obecności, były bardziej naturalne, nie bały się. Kilka z fotografowanych zwierząt zmarło kilka tygodni lub miesięcy później.





niedziela, 16 lutego 2014

Czaszki, szkielety i kości samobójców

           Aokigahara, to las na zboczu góry Fuji w Japonii. Pełno w nim ludzkich kości, które dosłownie zalegają dookoła. Las jest „modnym” miejscem samobójstw, ich liczbę trudno nawet oszacować. W ostatnich 60. latach odnotowano ich ponad 500. 

                Miejsce związane jest z nowelą Kuroi Kaiju (Czarne morze drzew), autorstwa Seicho Matsumoto. Dwoje bohaterów właśnie tam popełniło samobójstwo. Las jest tak ciemny, że nawet w dzień zalega tam mrok. Zdarza się, że ciała desperatów wiszą kilkadziesiąt dni, zanim ktoś je znajdzie. 
               Na całym terenie można się natknąć na tablice z hasłami nawołującymi do rezygnacji z samobójstwa - „Życie jest cenne” czy „Niedźwiedzie zniszczą twoje zwłoki”.
O ironio! - ostatnio las stał się terenem działań band złodziei, okradających zwłoki z biżuterii, zegarków, czy telefonów.
              Nie jest to jedyny przypadek takiej zbiorowej histerii, wystarczy wspomnieć samobójstwa „z miłości” wzorowane na postawie Wertera z powieści J.W. Goethego czy falę rozstań z życiem na Węgrzech, pod wpływem piosenki „Ponura niedziela” (lata 30. XX w.).



wtorek, 19 listopada 2013

Najbardziej krwawe wojny w historii ludzkości

             Bombardowani newsami o kataklizmach, atakach terrorystycznych czy masakrach powodowanych przez szaleńców, często gubimy proporcje „odczuwania” nieszczęścia. Jak mówił „złotousty” Józef Stalin - „Śmierć jednego człowieka to tragedia. Śmierć milionów ludzi to statystyka”.
             Jak by nie patrzeć, zawsze tragedią jest wojna. Nieważne, kto-co-dlaczego, giną ludzie. W ogólnym przekonaniu najwięcej ofiar za sobą pociągnęła II wojna światowa. Ocenia się, że zginęło w niej 40 mln - 72 mln ludzi. Liczbę ofiar trzeba jednak odnieść do
ogólnej populacji ludności w tym czasie. W takim zestawieniu II wojna światowa plasuje się na 9 miejscu.
            Historycy nie są jednomyślni, szczególnie jeśli badania dotyczą starożytności. 
            
           Wielu z nich twierdzi, że najbardziej krwawe było powstanie w Chinach, dowodzone przez An Lushana (755 r.). Skierowano je przeciwko władcom z dynastii Tang, a pochłonęło 13 – 36 milionów istnień ludzkich. Była to 1/6 ówczesnej populacji świata, to tak, jakby w czasie II wojny światowej zginęło 429 milionów ludzi.
            An Lushan wkrótce potem został zamordowany przez własnego syna An Qingxu (757 r.). Powodem było nieobliczalne zachowanie jego ojca. Prawdopodobnie chorowal na cukrzycę, co spowodować mogło również nasilenie choroby oczu i skóry. Skutkiem były napady bólu, powodujące z kolei wybuchy gniewu. Ofiarami stawali się często najbliżsi współpracownicy An Lushana. 

              Zdecydowana większość historyków uważa, że najbardziej krwawą z wojen były podboje Mongołów z początku XIII wieku i później w XV wieku. Ta ekspansja trwała 265 lat. Ocenia się, że te wojny pochłonęły od 30 – 60 milionów ofiar.
           
 Ostatnio pojawiły się głosy, że najwięcej ofiar w skali bezwzględnej pochłonęła Taiping Rebellion („Powstanie taipingów”, lata 1851 – 64). Zginęło bowiem 20 – 100 milionów ludzi.
            Zarzewiem ludowego buntu były nowe zasady handlu, głównie tkaninami. Powodowało to bankructwa małych zakładów rzemieślniczych i zubożenie społeczeństwa. 


              Przywódcą ruchu stał się charyzmatyczny mistyk, Hong Xiuquan. Proklamował w 1851 r. utworzenie Niebiańskiego Królestwa Wielkiego Pokoju (Tàipíng Tiānguó), od którego chińskiej nazwy pochodzi nazwa powstania. Sam siebie ogłosił władcą. Ogłosił też nową religię, będącą mieszanką chrześcijaństwa i konfucjanizmu. Wprowadzała ona purytańskie zasady moralne, wspólną własność majątkową, równy podział ziemi, równość kobiet i mężczyzn, mandarynów i chłopów itp. wprowadzając w społeczeństwie surową dyscyplinę i wojskową organizację. Znakiem tajpingów była żółta przepaska na głowie i długie włosy bez warkoczyka.
             Po początkowych militarnych sukcesach, wojska cesarskie, przy wydatnej pomocy państw europejskich, rozgromiły taipingów..




sobota, 26 października 2013

Zmarł największy pies świata

         W Tuscon (Arizona, USA) tuż przed swoimi ósmymi urodzinami, zmarł George, dog niemiecki błękitny, uważany za największego psa w historii. Jako rekordzista został w 2010 r. wpisany do Księgi Rekordów Guinnessa. 
 
            Jego wymiary były naprawdę imponujące – gdy stał na tylnych łapach mierzył ok. 213 cm, a ważył w granicach 120 kg. To ;po odchudzaniu, które „zalecił mu” weterynarz.
            Spał na specjalnym materacu, na zwykłym się bowiem nie mieścił. Miesięcznie jadł ok. 180 kg żywności! 






















               Jego właściciele, Dave i Christie Nasser, podkreślają, że był bardzo łagodny i lubił się bawić. Jako szczeniak, już po pięciu miesiącach osiągnął wzrost dorosłego labradora.
              George w 2010 roku w pojawił się w programie Oprah Winfrey Show, gdzie został zaprezentowany jako największy pies na świecie.
              Zmarł spokojnie, we śnie.




środa, 16 października 2013

„Krokodyl” na ulicach Nowego Jorku

              W kilku miastach USA (m.in. Chicago i Nowy Jork) na ulicach pojawił się nowy narkotyk nazwany „heroinowym kanibalem”. Wywodzi się z Rosji, a tam ma nazwę „krokodil”. Zbiera żniwo od 10 lat, a jest to żniwo makabryczne, około 30.000 ofiar śmiertelnych rocznie. Uzależnionych jakby „zjada” od środka, stają się jakby „zombie”, ich ciało gnije. Jedynym wyjściem jest amputacja kończyn, ale niewiele to zmienia. 
               Narkotyk jest produkowany domowymi sposobami z łatwo dostępnych składników, jak kodeina, jodyna z dodatkiem benzyny, oleju przemysłowego, płynu do napełniania „tradycyjnych” zapalniczek i rozpuszczalnika. Taką miksturę „fachowcy” filtrują i gotują razem. Po wystygnięciu - „w kanał”! Cały proces trwa tylko 30 minut. Otrzymany produkt jest około 10 razy tańszy niż heroina. 
              Jedną z ofiar „krokodyla” jest 28-letnia Margarita Schelkunova, pochodząca gdzieś z Syberii. Jej mąż zmarł po siedmiu latach „walenia” (miał 27 lat), ona jest teraz „czysta”. Dużo życia jej jednak nie pozostało, gdyż straciła wzrok w lewym oku, zdiagnozowano u niej raka i jest nosicielem HIV. Lekarze dają jej kilka tygodni życia.



wtorek, 8 października 2013

Ślub jako pożegnanie przed śmiercią

              Mieszkający w Guangdong Chińczyk Lu Lai wraz z narzeczoną He Jingjing planowali wspólne życie. Mieli dobrą pracę w samorządzie kantońskim, kupili dom.
Kobieta w 2011 r. nagle zachorowała (upadła przy swoim komputerze) i w drodze do szpitala zapadła w śpiączkę. Nigdy już nie odzyskała przytomności. Przez dwa lata przy życiu podtrzymała ją specjalistyczna aparatura. 
               W dniu kiedy He Jingjing ukończyła 28 lat, przy jej łóżku zebrała się rodzina wraz z narzeczonym. Był tort z tradycyjnymi świeczkami, a potem odbył się wymarzony przez parę ślub. Kilka godzin potem wyłączono aparaturę podtrzymująca życie kobiety. 
               Rodzina i nowo poślubiony mąż, zdecydowali, że zdrowe organy He Jingjing zostaną przekazane do banku przeszczepów.
              Ślub był zaplanowaną, ostateczną ceremonią pożegnania kobiety.


 
 

piątek, 13 września 2013

Słonie otrute cyjankiem

             Strażnicy leśni w parku narodowym Hwange (na południowym zachodzie Zimbabwe) znaleźli zwłoki 41 słoni, najprawdopodobniej otrutych cyjankiem potasu. Władze wyraziły obawy, że mogły się także zatruć setki dzikich zwierząt, żerujące na zabitych słoniach. Policja aresztowała sześć osób. 
                 Kłusownicy truciznę wlali do wodopoju, przy nim znaleziono również skrzynię z kłami słoni. Jej czarnorynkową wartość ocenia się na ok. 120 tys. dolarów. Prawdopodobnie właśnie kość słoniowa, przeznaczona na rynek azjatycki, była powodem morderstwa zwierząt. W kulturze tego regionu świata jest ona istotnym komponentem w wyrobie lekarstw, stosowanych w medycynie tradycyjnej.
              Kłusowników aresztowano, gdy wrócili po swój łup. Ich aktywność w ostatnich latach wyraźnie wzrosła.
              Kłania się doktryna ekonomiczna Karola Marksa – byt określa świadomość! A z drugiej strony popyt kształtuje podaż.



piątek, 23 sierpnia 2013

Zbiorowy grób – tunel w Żegiestowie

             Jednotorowy tunel kolejowy koło Żegiestowa w województwie małopolskim znajduje się na szlaku kolejowym Nowy Sącz – Muszyna. Łączy Polskę ze Słowacją. Linia kolejowa przebiega wzdłuż Doliny Popradu, wzdłuż meandrów rzeki. W najtrudniejszym technicznie odcinku trzeba było jednak przebić tunel. 
               Ma długość 513 m, owalny kształt, a wykończony jest w obudowie kamiennej z klińców. W ociosach tunelu wykonano kilka wnęk ucieczkowych. Udostępnienie tunelu dla ruchu kolejowego nastąpiło w ramach budowy odcinka Nowy Sącz - Leluchów 18.08.1876 r.
              O budowie tunelu postanowiono w trakcie budowy linii kolejowej z Tarnowa do Koszyc. Był dwukrotnie wysadzony w powietrze. Raz przez Wojsko Polskie we wrześniu 1939 r. oraz przez Niemców w styczniu 1945 r. Po wojnie go odbudowano.
              W trakcie budowy (1874 r.) tunelu doszło do wypadku. Zarwał się strop przygniatając 120 pracujących robotników. Z powodu trudnych warunków zrezygnowano z wydobycia ciał, a plany tunelu zmieniono tak, aby omijał miejsce zawału. W jednej z wnęk umieszczono kapliczkę, która upamiętnia to wydarzenie.
 

wtorek, 6 sierpnia 2013

Jaskinia pełna trumien

              Od starożytności w jaskiniach na stromych klifach w Anshun (prowincja Guizhou, południowy zachód Chin) praktykowany jest obyczaj pogrzebów w jaskiniach. Zwłoki składa się w drewnieniach trumnach i pozwala im się gnić, w przekonaniu, ze w ten sposób szybciej trafią do nieba. 
                Tych trumien są tysiące, szacuje się, że nawet setki tysięcy.
             W jednej z jaskiń odkryto ich niedawno ponad 500. Ułożone są warstwa po warstwie, w różnych stadiach rozkładu. To było, od czasów starożytnych, sanktuarium ludności Liu, która mieszka w sąsiednich pięciu wsiach.



czwartek, 25 lipca 2013

W kalendarzu jest wciąż taki dzień...

             Wczoraj, zupełnie niezauważalnie, minęła druga rocznica śmierci Janusza Gniatkowskiego. Jego piosenki pamięta przede wszystkim starsze pokolenie, to młodsze może śpiewa je przy ognisku, nie zdając sobie sprawy co i jak.
             Janusz Gniatkowski (ur. 6 czerwca 1928 we Lwowie, zm. 24 lipca 2011 w Poraju) w dzieciństwie należał do chóru kościelnego. Po II wojnie światowej w 1946 r. z rodziną osiadł w Katowicach.
             Jego talentem zainteresował się Waldemar Kazanecki. Pierwsze nagrania zarejestrował z katowickim zespołem Jerzego Haralda w 1954 r.. Rok później z Nataszą Zylską i Janem Dankiem ruszył na tournée po Polsce, ZSRR, NRD, Czechosłowacji, Mongolii, RFN, Francji i Austrii. Potem często wyjeżdżał do USA, Kanady, Australii. Nagrywał z orkiestrami Jana Cajmera i Zygmunta Wicharego.
            Piosenki Janusza Gniatkowskiego były „do śpiewania i tańczenia”. Proste rytmy, najczęściej dwa na jeden, stylizacja muzyczna na przedwojenne big bandy, bezpretensjonalne teksty – o miłości, rozstaniach, tęsknocie, „gorącej jak wulkan Kubie” - to wszystko przyniosło mu ogromną popularność.
           Z drugiej strony, władze PRL dość krzywo na patrzyły. Jakże to tak?! Zamiast śpiewać o „ptaszku co przeleciał kalinowy lasek”, czy „budowie socjalizmu”, prezentuje się w jakichś „Arrivederci Roma”, „Apassionacie”, „Indonezji” czy „Bella, Bella Donna”. Skończyło się odebraniem paszportu, były nawet „podejrzenie”, że chce od środka rozmontować socjalizm w samym Związku Radzieckim!
           Jego karierę przerwał poważny wypadek - został potrącony przez samochód na przejściu dla pieszych (1991 r.). Długo wracał do zdrowia, występował sporadycznie. 
              W 2004 r. w Filharmonii Częstochowskiej Janusz Gniatkowski świętował 50-lecie działalności artystycznej. Koncert zarejestrowała i emitowała TVP.
W dniach 15 -16 września 2007 r. odbył się I Festiwal Piosenek Janusza Gniatkowskiego, a rok później drugi, w których piosenkarz wziął udział.
             W czerwcu 2008 r. odbył się uroczysty koncert z okazji 80. urodzin Janusza Gniatkowskiego, gdzie jubilat również śpiewał.
             W 1999 r. za wybitne zasługi w pracy artystycznej został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.
             Piosenkarz zmarł nagle 24 lipca 2011 w swoim domu w Poraju w wieku 83 lat, pochowano go na Cmentarzu Kule w Częstochowie.

sobota, 20 lipca 2013

Bruce Lee miałby dzisiaj prawie 73 lata...

            Dzisiaj mija 40. rocznica śmierci ikony kina akcji, Bruce'a Lee. Lee Hsiao Lung (tak się naprawdę nazywał) urodził się 27 listopada 1940 r. w San Francisco, a zmarł 20 lipca 1973 r. w Hongkongu. Był synem Lee Hoi-chuena, aktora opery chińskiej i śpiewaczki Grace.
 
             Już mając około trzech miesięcy pojawił się w filmie „Golden Gate Girl” (trzymany w rękach przez ojca). Około 1941 roku wraz z rodziną powrócił do Koulun w Hongkongu. W wieku 5 lat, zaczął pojawiać się w małych, dziecięcych rolach w filmach.









              Do rozpoczęcia trenowania sztuk walki przyczyniło się pobicie go przez członków ulicznego gangu. W późniejszym wieku, gdy miał 25 – 33 lata, ćwiczył również boks.
             W wieku 18 lat Bruce wstąpił do gangu i często popadał w konflikty z policją, więc rodzice zasugerowali mu wyemigrowanie do Stanów Zjednoczonych. Po przeprowadzce zamieszkał w chińskiej dzielnicy San Francisco, gdzie pracował w restauracji należącej do jego krewnego. Następnie wyjechał do Seattle, gdzie ukończył Edison Technical School, a później studiował na uniwersytecie stanowym University of Washington filozofię oraz kontynuował treningi kung-fu.
Tam też otworzył pierwszą szkołę kung-fu pod nazwą Jun Fan Gung-Fu Institute, do której przyjmował wszystkich, pobierając za lekcje wynagrodzenie. Nie spodobało się to chińskim mistrzom, którzy wyzwali go na pojedynek z mistrzem stylu Białego Żurawia Wong Jack Manem. W razie przegranej miał zaprzestać nauczania ludzi nie będących Chińczykami. Bruce Lee wygrał pojedynek, ale nie był zadowolony z jego przebiegu, co skłoniło go do poszukiwań „nowych” rozwiązań i doprowadziło do powstania autorskiej Jeet Kune Do.
              W 1964 r. przeniósł się, wraz ze swoją szkołą, do Oakland i poślubił Lindę Emery. Wystąpił także gościnnie w liczących się pokazach sztuk walk, gdzie zaprezentował tam m.in. jednocalowe uderzenie, pompki na dwóch palcach jednej ręki czy szybkość uderzenia. Na jednym z takich turniejów, Bruce Lee poznał stylistę Jaya Sebringa, który przedstawił go producentowi telewizyjnemu Williamowi Dozierowi, co zaowocowało zaangażowaniem do serialu telewizyjnego „Green Hornet” („Zielony szreszeń”). Wtedy też Bruce otworzył drugą szkołę kung-fu, tym razem w Oakland (stan Kalifornia), po czym przeniósł się tam, by być bliżej Hollywood. Jednocześnie zamknął swoją szkołę w Seattle.
               „Zielony Szerszeń” został wyemitowany w 1966 roku, jednak po jednym sezonie (30 odcinków) emisja została zakończona. Bruce Lee nie wierząc w swój sukces w filmie (mimo wzrastającej popularności), ponownie otworzył w chińskiej dzielnicy Los Angeles swoją szkołę kung-fu. Trenował także gwiazdy filmu i sportu takie jak między innymi Lee Marvin, Kareem Abdul-Jabbar, Roman Polanski, Steve McQueen, James Garner i James Coburn.
              Pod koniec lat 60. serial „Zielony szerszeń” został zakupiony przez telewizję z Hongkongu. Wyświetlany pod nazwą The Cato Show, odniósł duży sukces, a Bruce Lee stał się gwiazdą. W USA szło mu nie najlepiej grał tylko epizodyczne role.
              Bruce wrócił do Hongkongu, gdzie został zaproszony przez producenta filmowego z wytwórni „Golden Harvest”, Raymonda Chowa, który zaproponował mu główną rolę w filmie „The Big Boss” („Wielki szef”). Pierwotny tytuł filmu to „Wściekle pięści”, a wystąpił w nim również siedmiokrotny mistrz USA w karate – Chuck Norris. W momencie premiery film stał się od razu wielkim hitem.
Bruce Lee założył wtedy własną wytwórnię filmową „Concorde Film Production”, a jej pierwszym wyprodukowanym filmem była „Droga smoka” (inny tytuł „Powrót smoka”).
            W filmie tym, Bruce Lee wystąpił w potrójnej roli: aktora, producenta i reżysera. Sukcesem Lee zainteresowała się duża wytwórnia z Hollywood – Warner Bros. Po sukcesie „Drogi smoka”, Bruce zaczął kręcić film „Gra śmierci”. Był reżyserem, producentem, choreografem walk i scenarzystą. Grał również główną rolę. 
                Przerwał pracę nad filmem by wystąpić w „Wejściu smoka”. Niestety film „Gra śmierci” nigdy nie zastała dokończona.
                Pierwszy krytyczny moment nastąpił na planie filmu „Wejście smoka”. Bruce Lee zemdlał i został przewieziony do szpitala, gdzie wykryto obrzęk mózgu. Jednak później okazało się, że obrzęk zniknął. 20 lipca 1973 r. Lee poczuł się źle. Po wzięciu tabletki przeciw bólowi głowy, przebywał w apartamencie aktorki Betty Ting Pei, gdzie zasnął i już się nie obudził. Wezwano karetkę i przewieziono go do szpitala królowej Elżbiety. Ogłoszono zgon, który według oficjalnych informacji nastąpił na skutek obrzęku mózgu spowodowanego przez pomieszanie środków przeciwbólowych ze środkami odurzającymi i alkoholem.
               Odbyły się 2 pogrzeby. W Hongkongu (symbolicznie) na ulice wyszły tłumy fanów, które chciały pożegnać gwiazdora. W Seattle ciało złożono do grobu na cmentarzu Lake View w asyście najbliższych Lee. Trumnę nieśli m.in. James Coburn, Steve McQueen i Roman Polański.
              „Wejście smoka" miało swoją premierę 26 lipca w Hongkongu. Bruce Lee osierocił córkę Shannon Lee i syna Brandona Lee.
              Istnieje wiele popularnych hipotez i legend miejskich o przyczynach jego śmierci m.in. taka, że wszystkiemu winne są triady lub mnisi z klasztoru Shaolin, którzy to mieli zabić go „ciosem wibrującej pięści”, za ujawnienie tajemnic kung-fu.
 
           Jego syn, Brandon Lee, grający podobnie jak ojciec w filmach akcji, zginął w 1993 roku, podczas kręcenia zdjęć do filmu „Kruk” (The Crow – 1994). Obaj są pochowani w Seattle. 











 
             W Hongkongu Bruce Lee ma swój pomnik. Postawiono go w „Alei gwiazd”, w 2005 r.




piątek, 12 lipca 2013

Turystyka dla hardcorów, czyli gdzie nie jechać na wakacje

           Wakacje w pełni! Polacy coraz bardziej ochoczo wyjeżdżają za granicę, a to za pośrednictwem biur podróży, a to prywatnie. Ceny nad Bałtykiem wołają o pomstę do nieba, a i warunki wypoczynku, delikatnie mówiąc, najczęściej „średnie”.
            W czołówce najczęściej odwiedzanych krajów świata niezmiennie królują Francja, Stany Zjednoczone i Chiny. I mimo ostatnich zamieszek – Egipt.
            Są jednak kraje, gdzie turystów jest jak na lekarstwo. Powody są rożne – bandytyzm, terroryzm, uprowadzenia, wojna, trudny dojazd, epidemie, choroby itp. Ryzyko pobytu w takich miejscach jest wielkie, ale zawsze znajdą się śmiałkowie (Naiwni? Głupcy? Ryzykanci?), którzy za nic mają wszelkie ostrzeżenia.
           Dziesiątkę najmniej polecanych na wypoczynek miejsc zamyka Afganistan. Rocznie – 17500 turystów. Jeszcze w latach 70. tłumnie odwiedzany. Teraz wiadomo – talibowie, wojna i terroryzm.
           Dziewiąte miejsce zajmują Komory, wyspiarskie państwo w północnej części Kanału Mozambickiego, leżące pomiędzy północną częścią Madagaskaru a północno-wschodnią częścią Mozambiku. Rocznie – 15000 turystów. Niewiele połączeń lotniczych, moskity i co się z tym wiąże, duże ryzyko malarii. 
            W dziesiątce znajdują się też Wyspy Marshalla (piąte miejsce), bajeczny archipelag na oceanie Spokojnym. Składa się z 1225 wysepek rozciągających się na terenie o powierzchni ponad miliona kilometrów kwadratowych. W skład państwa wchodzi 29 atoli oraz 5 izolowanych wysp. Wydawało by się, że to prawdziwy raj dla turystów! Rafy koralowe, wymarzone miejsca do nurkowania... W tej beczce miodu jest jednak łyżka dziegciu. Do lat 60. XX wieku przeprowadzano tu próby jądrowe. Obecnie dotarcie na wyspy graniczy z cudem - latają tam tylko amerykańskie linie lotnicze. Rezultat – 5000 turystów rocznie. 
             Czas na podium! Na trzecim miejscu znalazło się Tuvalu, które leży na terenie Polinezji (Oceania). Powierzchnia państwa wynosi jedynie 26 km kw. W jego skład wchodzi 6 atoli i 3 wyspy, które zamieszkuje 11 tys. mieszkańców. To miejsce, podobnie jak Kiribati (czwarta pozycja), jest zagrożone zatonięciem w skutek podnoszenia się poziomu oceanów. Rocznie – 1200 turystów. Wyspy nie leżą na trasie regularnych międzynarodowych połączeń lotniczych. Można się na nie dostać z Fidżi, a pomiędzy wyspami podróżować łodzią.
            Drugie, dyskusyjne miejsce zajmuje Somalia. Dyskusyjne, gdyż wyjazd do tego kraju, to jakby kuszenie losu. Wszechobecny głód, piractwo i przemoc są tam na porządku dziennym. Rocznie – 500 turystów. Restrykcyjne prawo szariatu i brak przez lata legalnego rządu doprowadziły kraj do chaosu. Najszybszy sposób dla osób ryzykujących podróż do Somalii to lot ze Stambułu.
             Pierwsze miejsce zajmuje Nauru. Ta niewielka, odosobniona wysepka koralowa położona jest na Pacyfiku, w Mikronezji, ok. 50 km na południe od równika. W XX wieku przeżywała rozkwit gospodarczy dzięki wydobyciu fosforytów. Jest otoczona rafą, a jej powierzchnia to jedynie 21 km kw. To najmniejsza republika na świecie. Rocznie – 200 turytów. Wyspa to właściwie jedna wielka kopalnia fosforanów, komunikacja ze światem jest szczątkowa. Lata tu tylko jedna linia lotnicza, a uzyskanie wizy graniczy z cudem, gdyż ambasad Nauru jest jak na lekarstwo.
            W zestawieniu brakuje niektórych miejsc, gdzie – wiadomo – niebezpiecznie, ale mimo wszystko ludzie ryzykują. Przykładem mogą być Brazylia czy Nigeria. Zapuszczanie się w zaułki miast nie wchodzi w rachubę, a nawet na ludnych ulicach czy plażach trzeba się liczyć z przyłożoną do gardła maczetą.
            W klasyfikacji najbardziej niebezpiecznych miast bezapelacyjnie prowadzi Ciudad Juárez (Meksyk). Tylko w ubiegłym roku w wojnach narkotykowych zginęło tam ponad 2 tysiące ludzi. Miejsca na podium zajmują również Caracas (Wenezuela) i San Pedro Sula (Honduras). Wyjść cało z takiej wyprawy to prawie cud!
           Umiesz liczyć – licz na siebie! Na litość nie ma co!