Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 listopada 2013

Dębowe Gody, czyli Plutonowe Wesele

Według Księgi Rekordów Guinnessa, najdłuższym stażem małżeńskim, może się pochwalić para z Karoliny Północnej (USA), Herbert Fisher i Zelmyra Fisher.
Byli małżeństwem przez 86 lat. Herbert zmarł na początku 2011 r. w wieku 105 lat, dwa później zmarła jego małżonka. Miała również 105 lat.
           Okazuje się, że ten rekord trzeba zweryfikować. 
  106 - letni Karam i jego żona, 99-letnia Kartari Chand są małżeństwem ponad 87 lat.
Mieszkają w Bradford (Wielka Bytania), mają ośmioro dzieci, 27 wnuków i 23 prawnuków.
Karam Chand urodził się w małej wiosce w Pendżabie, w północnych Indiach. Jego rodzina pracowała w rolnictwie i zgodnie ze zwyczajem, ożenił się w młodym wieku, a wybranką była Kartami, pochodząca z tej samej wioski
Pobrali się w typowej ceremonii Sikhów. Do Bradford wyemigrowali w 1965 r.
Do pobicia rekordu Księgi Guinnesa w tej „konkurencji” przymierza się para z Wietnamu. 
  Huynh Van Lac, 111 lat (!) i jego żona Nguyen Thi Lanh, 107 lat. Małżeństwem są od 83 lat. Ich najstarsza córka Huynh Thi Hoa ma 71 lat.
Według Lạca ich małżeństwo utrzymuje się tak długo, ponieważ oboje unikają kłótni. Innym elementem długowieczności i szczęścia jest pozytywne myślenie i systematyczne uprawianie sportu. Pozostaje życzyć im - zdrowia, zdrowia, zdrowia!
80. rocznica ślubu jest w wielu językach określana mianem „Dębowych Godów”. W Holandii używa się także pojęcia „Plutonowe Wesele”.


 


piątek, 8 listopada 2013

Wymierające plemiona

             Cywilizacja nie zawsze jest dla ludzi dobrodziejstwem, czasem wręcz przeciwnie. Wymierają nie tylko zwierzęta, ale i również plemiona, które żyły swoim życiem, swoim rytmem, według swoich zasad. Internet, pralka, telefon komórkowy czy „inteligentny proszek do prania”, są im zupełnie niepotrzebne.
             Brytyjski fotograf Jimmy Nelson, trzy lata podróżował po świecie fotografując 35 plemion na pięciu kontynentach. Zdjęcia zebrał w książce „Before They Pass Away” (zanim przeminą (odejdą) na zawsze). To nie tylko działa sztuki, ale również cenny materiał etnograficzny i dokumentalny.
              Tsaatan to koczownicze plemię z północnej Mongolii. W tych rejonach podbiegunowej tjagi zimą temperatura spada do minus 50 stopni Celsjusza. To ostatni żyjący w Mongolii pasterze reniferów, ich życie jest od nich uzależnione. 
             Mursi to koczownicze plemię pasterzy, które żyje w dorzeczu Omo, w południowo-zachodniej Etiopii, niedaleko granicy z Kenią.
 
            Mustang (z tybetańskiego Mun Tan, „żyzna równina”) to byłe Królestwo Lo, leżące na płaskowyżu pomiędzy północno-zachodnim Nepalem i Tybetem. Smagany wiatrem płaskowyż jest to jeden z ostatnich, prawdziwych ośrodków kultury tybetańskiej. 
















           Maori to rdzenni mieszkańcy Nowej Zelandii. Zachowują się tak, jak wyglądają. Dal przyjaciół przyjacielscy, dla wrogów … po prostu lepiej nie wchodzić im w drogę.























 
           Himba to starożytne plemię pasterzy żyjące od XVI wieku w rozproszonych osiedlach w okolicach rzeki Kunene, w północno-zachodniej Namibii i południowo-zachodniej Angoli.



















 
            Yali zamieszkują Dolinę Baliem w Indonezji. Jest to płaskowyż położony 1600 m nad poziomem morza.

























              Jimmy Nelson ma nadzieję, że jego zdjęcia pomogą w dialogu między cywilizacjami i jednocześnie w większym stopniu uświadomią konieczność poszanowania inności. Najgorsze co może te plemiona spotkać to „cywilizowanie na siłę”, czy też zamykanie w skansenach lub rezerwatach. Pozwólmy im żyć, jak chcą!


piątek, 20 września 2013

Człowiek - radar

Całkowicie od dziecka niewidomy Daniel Kish (ur. 1966 w Montebello, Kalifornia ), jest amerykańskim ekspertem w dziedzinie ludzkiej echolokacji i prezesem stowarzyszenia „Świat Dostępny dla Niewidomych”. 
Prowadzi zupełnie normalny tryb życia – spaceruje (często po górach), gra w piłkę, jeździ na łyżwach -ba! – nawet podczas normalnego ruchu ulicznego, porusza się na rowerze górskim.
Wszystko dzięki autorskiej metodzie adaptacyjnej dla niewidomych, którą nazwał Flash Sonar. Polega na echolokacji, czyli lokalizacji obiektów na podstawie odbitego dźwięku. Posługują się nią m.in. nietoperze i delfiny. 
Daniel Kish dźwięki generuje uderzając językiem o podniebienie z częstotliwością dwóch-trzech kliknięć na sekundę. Co ciekawe, metoda może być stosowana w zupełnie nieznanym środowisku! 
  Amerykanin uczy innych niewidomych jak ją stosować, poświęcił na to ponad dziesięć tysięcy godzin pracując z uczniami na całym wszystkich typów i kultur. Podkreśla, że człowiek, zarówno widzący jak i niewidomy, powinien rozwijać wszystkie możliwe aspekty ludzkiej percepcji.
Technika Flash Sonar, którą rozwinął do perfekcji, spowodowała, że często nazywa się go Batmanem „w realu”.



 


 

czwartek, 12 września 2013

Życie na marginesie życia

             Kowloon Walled City to nieistniejące już biedne osiedle w dzielnicy Kowloon, w Hong Kongu.
             Jego historia osiedla sięga lat osiemdziesiątych XIX w. Wtedy Kowloon było wioską w pobliżu dzisiejszego lotniska w Hongkongu i ponoć jako fort, służyła do wypatrywania piratów. W czerwcu 1898 r. Wielka Brytania wydzierżawiła od Chin dużą część Hongkongu na blisko 100 lat i jeszcze tego samego roku, w październiku władze Wielkiej Brytanii oddały Chińczykom Kowloon. Miał on się przeobrazić w chińską placówkę wojskową, by pilnować warunków umowy zawartej między państwami. Dwa miesiące później Brytyjczycy zaczęli się domagać zwrotu osiedla wkrótce zaatakowali fort. 
                Rdzenni mieszkańcy wcześniej go opuścili, a zaczęli napływać nielegalni imigranci. W 1987 roku w Kowloon Walled City żyło 33 000 mieszkańców ściśniętych na powierzchni 0,026 km2.
Próby opanowania sytuacji spaliły na panewce i Brytyjczycy machnęli na Kowloon ręką. Całkowicie odpuścili i osiedle zostało rzucone na pastwę losu. Nie było sądownictwa, a policji z Hongkongu zabroniono wchodzić do środka. Skutek był do przewidzenia - enklawa stała się rajem dla różnego rodzaju przestępców, narkomanów, hazardzistów, czy prostytutek. 
               Życie wewnątrz rządziło się własnymi prawami. Przed budynkami dobudowywano nowe, a uliczki były wąskie, brudne i ciasne. Ulic jako takich, nie było. Osiedle rozrastało się jak huba.
W 1984 roku, władze podjęły ostateczną decyzję o zburzeniu miasta. Stało się to 10 lat później.
               Mimo, iż Kowloon stało się rajem dla złoczyńców, większość jego mieszkańców prowadziła normalne życie, jednak bez wody i prądu, a głównym problemem było przeżycie. Wykopano ok. 70 studni, głębokich na ok. 100 m. Do momentu poważnego pożaru, pompy zasilane były kradzioną energię elektryczną. Przestrzegano jedynie dwóch zasad: pierwsza - aby nie dopuścić do pożarów, prąd musiał być przyłączany zgodnie z normami, oraz druga - wysokość nowych budynków nie mogła przekroczyć 14 pięter (ze względu na pobliskie lotnisko). W zasadzie 300 budowli tworzyło jeden, potężny budynek. 

 
            Po jakimś czasie w Kowloon samoistnie wykształciły się takie placówki jak szkoła czy przychodnie lekarskie. Działały tam małe firmy, sklepiki, a nawet powstała elektrownia. Rząd Hongkongu pomagał np. przy dostawach poczty i wody. W mieście rozkwitło życie towarzyskie, ludzie wieczorami spotkali się, grali w różne gry, rozmawiali.
Wraz z rozrostem społeczeństwa i ilości domów, rosła jednak również anarchia i przestępczość. 










 
              Teraz w tym miejscu znajduje się Kowloon Walled City Park, w którym zachowano pojedyncze pamiątki z czasów istnienia slumsów.





poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Spanie w bucie, samolocie czy wiatraku

             Ogólnoświatowy „trynd” wypoczynku coraz bardziej skłania ludzi do poszukiwań lokum jednocześnie stosunkowo taniego, ciekawego i wygodnego. Coraz mniejsza popularnością cieszą się „zwykłe” hotele i motele. Można znaleźć naprawdę ciekawe propozycje, ale z taniością mają niewiele wspólnego.
            Ale osób chcących odpocząć od monotonii mogą teraz przejść na trend unikalnych pomieszczeń w budynkach tak różnorodne, jak gigantycznym bucie, przebudowanej wieży wodnej - a nawet były Boeing 747. 
 
           W Nowej Zelandii (Tasmania) można zamieszkać w dwuosobowym „bucie”. Szukające samotności pary mogą przenocować za „jedyne” 153 £










 
            Właściciel tej wieży ciśnień w North Kensington, Londyn, wynajmuje pokoje dla turystów. Są tam trzy niezależne, okrągłe pokoje w cenie 120 £ do 150 £ za noc. 








 
          Hotel w Mykonos urządzono w starym wiatraku.













             W hotel z 85. miejscami został przekształcony samolot Jumbo Jet w pobliżu lotniska w Sztokholmie w Szwecji. Cena 118 £ za noc.






           Podczas pobytu w hotelu Wigwam Motel off Route 66 w San Bernardino (Kalifornia) za noc w pokoju standard zapłacić trzeba 44 £.









 
               W mieście Ronks (Pensylwania) hotel zorganizowano w wagonach kolejowych. Dysponuje 46 klimatyzowanymi pokojami, cena ok. 70 - 80 £ za noc.








              I co? Jedziemy?! A jak nie, przedsmak wyprawy można poczuć w swojej altance na działce, dopóki „działacze” jeszcze do końca nie nagrzebali w przepisach o ogródkach działkowych. Potem, być może, pozostanie nam zbudowanie szałasu.

 

niedziela, 21 lipca 2013

Miasto tylko dla białych

               Biali mieszkańcy RPA, głównie Burowie, czyli potomkowie Holendrów i Brytyjczyków, którzy kolonizowali Afrykę, coraz bardziej „odgradzają się” od rdzennej ludności. W większych miastach mieszkają w odizolowanych, strzeżonych dzień i noc osiedlach, ale i tam nie czują się bezpiecznie. 
Dwaj Afrykanerzy w 1992 r. wykupili ziemię i zainicjowali budowę od podstaw miasteczka Kleinfontein. Obecnie mieszka w nim 900 osób. 
             Osiedle jest ogrodzone, wjazdu pilnują uzbrojeni strażnicy. Warunkiem uzyskania pozwolenia na osiedlenie jest przede wszystkim kolor skóry – trzeba być białym.
Mieszkańcy Kleinfontein uważają, że ich postępowanie nie ma nic wspólnego z rasizmem. Twierdzą, że są mniejszością kulturową, jedną z 11 grup etnicznych i chcą zachować swoją tożsamość.
            Oburzenie taką postawą wyraziło wiele organizacji i partii politycznych. Zaniepokojony jest również jest rząd, który obawia się powrotu zwyczajów z czasów apartheidu.


 
 

sobota, 13 lipca 2013

Koniec Świata, czyli gdzie diabeł mówi dobranoc

           Koniec świata! - mawiał Popiołek, dozorca kamiennicy w serialu „Dom”. A tymczasem w Polsce istnieje taka miejscowość. Koniec Świata to przysiółek wsi Głuszyna w województwie wielkopolskim, w powiecie ostrzeszowskim, w gminie Kraszewice. Od Głuszyny dzieli go jednak spory kawałek drogi przez pola.
              W latach 1975-1998 miejscowość administracyjnie należała do województwa kaliskiego. Znajdują się tam dwa zamieszkałe gospodarstwa. W przysiółku na stałe mieszka tylko jedna osoba, sołtys Głuszyny, Roman Adamus. Co najważniejsze – jest prąd! 

 
            Jakieś 30 lat temu stało tam pięć domów, a mieszkało 20 osób. Ale ludzie wymarli, wyprowadzili się. Domy rozebrano, żeby można było pole uprawiać. O drogach lepiej nie mówić! Śnieżną zimą, by dostać się do Głuszyny, trzeba pokonać kilkumetrowe zaspy. Jak śniegiem sypnie to czasem nawet terenówką i traktorem trudno dojechać. Okoliczna ludność żyje najczęściej z produkcji drewnianych palet. Bo drewna tam ci dostatek!


  

czwartek, 4 lipca 2013

Ma tylko pół głowy

             43-letni imigrant Antonio Lopez Chaj, z zawodu malarz-dekorator, został brutalnie pobity przez ochroniarza podczas sprzeczki w kalifornijskiej restauracji. Doszło do tego doszło w 2010 roku.
             Chaj ujął się za dwoma krewnymi, którzy zostali zaatakowani przez barmana i ochroniarza. Ten bił Chaja pałką, kopał go, tłukł jego głową o podłogę, miażdżąc mu kości czaszki i powodując uszkodzenia mózgu. 
           Po przewiezieniu do szpitala, trzeba było usnąć mu 2/3 czaszki. 

 
 
          Chaj nie mówi, wymaga całodobowej opieki, stracił kontakt z rzeczywistością. Porusza się tylko przy pomocy innych osób.
Decyzją Sądu Najwyższego w kalifornijskim mieście Torrance, mężczyzna otrzyma 58 milionów dolarów na opiekę medyczną i tytułem odszkodowania.
           Jest to jedno z największych odszkodowań, jakie kiedykolwiek przekazano jednej osobie w Kalifornii. Antonio Lopez Chaj prawdopodobnie zupełnie nie zdaje sobie z tego sprawy.
           Barman i ochroniarz zniknęli bez śladu, są poszukiwani przez policję.


czwartek, 20 czerwca 2013

Sposób na bezdomność

           Bratislav Stojanovic, bezdomny z serbskiej miejscowości Nis, zamieszkał na starym, miejskim cmentarzu. Jako lokum wybrał sobie jeden jeden z grobów. Mieszka tak już 15 lat.
             Miejscowe władze przymykają oko, udają, że nie ma sprawy. W ten sposób obie zainteresowane strony są w miarę zadowolone.

piątek, 14 czerwca 2013

Dwa dni pod wodą i przeżył

              Nigeryjczyk Harrison Okene, okrętowy kucharz, spędził 60 godzin w lodowatych wodach Atlantyku, na głębokości ok. 30 m. Oddychał powietrzem zebranym pod pokładem wywróconego holownika.
  
             29-letni Okene znalazł się pod wodą, gdy statek 30 km od wybrzeża Nigerii, „dał nura”. Odnaleziono 10 ciał marynarzy, jedna osoba wciąż uznana jest za zaginioną. Harrison Okene jest jedynym uratowanym.
              Udało mu się przeżyć, bo w jednym z pomieszczeń wywróconego statku powstała niewielka bańka powietrza. Przez dwa dni, jedynie w gaciach (był w kibelku), tkwił w wodzie i czekał na pomoc. Przedostał się do messy oficerskiej, z paneli zrobił prymitywną tratwę i jakoś przetrwał.    Znaleźli go nurkowie z południowoafrykańskiej ekipy ratunkowej. Kolejne 60 godzin spędził w komorze dekompresyjnej, gdzie jego ciśnienie ciała wróciło do normy.
               Wspomnienia, co nie dziwi, ma dość traumatyczne. - Byłem bardzo głodny, ale przede wszystkim spragniony. Słona woda zdarła skórę z mojego języka – opowiadał. Mimo absolutnej ciemności wiedział, że wokół niego znajdują się ciała jego kolegów, które zaczęły zjadać ryby.



środa, 1 maja 2013

Przeżył dwa wybuchy bomby atomowej

            Tsutomu Yamaguchi,(ur. 16 marca 1916 w Nagasaki) to japoński inżynier, głównie konstruktor statków. Przeżył wybuchy obu bomb atomowych, zrzuconych na Hiroszimę i Nagasaki w sierpniu 1945 r. Przeżycie dwóch eksplozji jądrowych to prawdziwy cud, jednak później odkryto, że takich osób było 165. 
Yamaguchi, pracując dla koncernu Mitsubishi, został wysłany służbowo z rodzinnego Nagasaki do stoczni w Hiroszimie. W dniu 6 sierpnia 1945 r., w wyniku wybuchu amerykańskiej bomby atomowej Little Boy, doznał poważnych poparzeń, uszkodzenia słuchu, czasowo oślepł i stracił włosy. Głowica eksplodowała 3km od miejsca, w którym się znajdował, na wysokości 600 m.
Bombę zrzucono na centrum miasta (celem był most Aioi – najbardziej charakterystyczny punkt w mieście, w który załodze bombowca było łatwiej celować). Zginęło ok. 78 tys. mieszkańców, ciężko rannych było ok. 38 tys. .
Noc po tragedii, owinięty opatrunkami, spędził w schronie przeciwlotniczym. Następnego dnia powrócił do Nagasaki, gdzie przeżył drugą eksplozję bomby Fat Man, 9 sierpnia 1945 r. Stało się to akurat podczas jego rozmowy z przełożonym, któremu opowiadał o dramacie w Hiroszimie. Nikt mu nie wierzył jego opisom.
Bomba zrzucona na Nagasaki była większa, niż ta w Hiroszimie, bo miała siłę 25 kiloton. Eksplodowała w otoczonej górami dzielnicy Nagasaki, Urakami, dlatego obszar zniszczeń był ograniczony, ale ich intensywność o wiele większa. Zginęło około 74000 ludzi i tyle samo zostało rannych. Yamaguchi, jego żona i syn przeżyli i spędzili większość tygodnia w schronie przeciwlotniczym, niedaleko pozostałości po swoim domu.
Pięć dni później Japonia ogłosiła kapitulację.
W latach 80. XX w. napisał książkę o swych przeżyciach. W 2006 r. został zaproszony do wzięcia udziału w filmie dokumentalnym o 165 podwójnych ofiarach bomby atomowej. Film został zaprezentowany na forum Organizacji Narodów Zjednoczonych. Yamaguchi był aktywnym członkiem ruchu antynuklearnego.
Zmarł na białaczkę 4 stycznia 2010 roku. Miał 93 lata.




sobota, 27 kwietnia 2013

Robinsonowie z Syberii

             Zupełnie przypadkowo w 1978 r, w środku rosyjskiej tajgo, odnaleziono sześcioosobową rodzinę Łykowów. Helikopter z geologami na pokładzie szukał dobrego miejsca do lądowania i niepodziewanie dostrzeżono, że żyją tutaj ludzie.  Naukowcy, którzy mieli poszukiwać rudy żelaza, założyli bazę 16 kilometrów dalej. Zabrali prezenty dla ewentualnych mieszkańców tajgi i prowadzeni przez geologa, Galinę Pismenskaję, wyruszyli na rozpoznanie. Wkrótce napotkali ślady działalności człowieka. Ścieżki, kładkę położoną w poprzek strumienia, aż w końcu małą szopę wypełnioną suszonymi ziemniakami.
            Przy strumieniu stał zniszczony dom, z małym okienkiem. Przywitał ich bosy, przerażony i zarośnięty mężczyzna. Zaprosił do środka. Była tam jedna, bardzo brudna izba, a niej dwie kobiety, które od razu podniosły lament. Szlochały i krzyczały ze strachu.
            Geolodzy opuścili chatę i poczekali na zewnątrz. Wkrótce pojawił się mężczyzna, wiodąc z sobą dwie, jak się potem okazało, córki. Mówiły jakimś swoim, dziwnym językiem, jedynie mężczyzna znał rosyjski. 
            Po kilku wizytach geolodzy poznali historię rodziny Łykow. Ojciec, Karp Łykow, był staroobrzędowcem - członkiem fundamentalistycznej, prześladowanej sekty prawosławnej. Jego brat został zastrzelony przez komunistów. Karp z cała rodziną - żoną i dwójką dzieci -  uciekł do lasu. Ukryli się w głębokiej tajdze i zbudowali stałą siedzibę. Urodziło się jeszcze dwoje dzieci. Żadne z nich nie miało nigdy kontaktu z ludźmi poza swoją rodziną. Dzieci wiedziały, że istnieją miasta i państwa inne niż Rosja, ale było to dla nich abstrakcją. Ojciec nauczył je czytać, ale czytać mogły tylko Biblię i modlitewniki. Żyli tak przez 40 lat. Byli zupełnie odcięci od świata zewnętrznego. Do najbliższych sąsiadów mieli 150 kilometrów, nie widzieli nic o II wojnie światowej, nie mówiąc o lądowaniu człowieka na Księżycu. 

            Z czasem wszystkie wyniesione podczas ucieczki sprzęty uległy zniszczeniu. Radzili sobie jak mogli. Buty mieli z kory, ubrania z konopi. Żywili się głównie malinami, jagodami i orzechami. Często jednak głodowali. Nie mieli czym polować, zastawiali tylko pułapki. Chleba dzieci nigdy nie widziały, nie wiedziały co to jest, jak smakuje.
            Początkowo Łykow przyjął tylko jeden prezent od geologów – sól. Potem cała rodzina coraz więcej czasu spędzała w obozie geologów. Niedługo później zaczęli chorować. W krótkim okresie zmarła matka i trójka dzieci. Z powodu nieodpowiedniej diety zachorowały na niewydolność nerek. Ojciec i pozostała córka odmówi wszelkim próbom zmian w ich życiu.
            Karp Łykow w końcu też zachorował na zapalenie płuc. Naukowcy chcieli go przetransportować helikopterem do szpitala, ale starzec odmówił. Zmarł we śnie w lutym 1988 r. Ostatnia córka, Agafia, nie chciała opuścić domu, nawet po śmierci ojca. Geolodzy ją tam pozostawili.





piątek, 26 kwietnia 2013

Japoński Matuzalem – czapki z głów!

           Najstarszy człowiek na świecie, Jiroemon Kimura, świętował swoje 106 urodziny. Mieszka w Kioto, a pracował na poczcie. Specjalne życzenia otrzymał od premiera Japonii Shinzo Abe. Jiroemon Kimura doczekał się pięciorga dzieci, 14 wnuków, 25 prawnuków i 14 praprawnuków. 
             Jest trzecim człowiekiem, który przekroczył wiek 115 lat. Tym samym „wyrównał rekord” Amerykanin Christian Mortensen, który zmarł w wieku 116 lat. Jak do tej pory rekord długości życia dzierży Francuska Jeanne Calment – 122 lata!
           W tych zestawienia nie bierze się pod uwagę Rosjan, których akty urodzenia „zginęły w czasie rewolucji”. Niektórzy z nich bowiem „pamiętają” cara Mikołaja I i wybuch Wezuwiusza.



piątek, 19 kwietnia 2013

Śmierdzące skarpetki jako broń przeciw malarii

             Kanadyjska organizacja non profit Grand Challenges Canada, wspólnie z fundacją Billa i Melindy Gatesów, przeznaczyli 775 tys. dolarów na badania doktora Fredrosa Okumu z tanzańskiego Instytutu Zdrowia. Zajmuje się on konstrukcją pułapek zapachowych na komary roznoszące malarię. Jako przynęta maja służyć … śmierdzące skarpetki! Przyciągają one cztery razy więcej komarów i owadów niż żywy człowiek.


Malaria zabija co roku około miliona osób, przede wszystkim w krajach afrykańskich. Obecnie z atakami komarów walczy się, zabezpieczając łóżka moskitierami i spryskując wnętrza specjalnymi środkami.
Nowe pułapki umożliwią „polowanie na komary” poza domem.
Obecne prace, to rozwinięcie badań holenderskiego uczonego, Barta Knolsa, który stwierdził, że samicę komara malarii Anopheles gambiae wabi tak samo zapach sera limburger, co zapach ludzkich stóp. Otrzymał za to w 2006 r. Antynobla. A tu okazało się, że miał rację!
I co teraz? Odszczekać tego Antynobla?


sobota, 13 kwietnia 2013

Niecodzienny „globtrotuar" z Japonii

              Saburo Shochi, emerytowany profesor Uniwersytetu w Fukuoce na wyspie Kiusiu, lubi podróżować. Nic by nie było w tym nic ciekawego, gdyby nie fakt, że ma prawie 107 lat, a kulę ziemską okrążył osiem razy. Lata samolotami, a swoją pasję odkrył, gdy mu już na liczniku prawie „stuknęła setka”.


W zeszłym roku trafił do Księgi rekordów Guinnessa jako najstarsza osoba podróżująca dookoła świata środkami transportu publicznego. Pokonał 56 700 km. Po opuszczeniu Fukuoki odwiedził sześć krajów, w tym Kanadę, Bułgarię i Republikę Południowej Afryki. Jesienią zawitał do Warszawy i była to jego druga wizyta w Polsce. Pierwsza miała miejsce 46 lat temu. W odwiedzanych krajach robi pokazy tańca japońskiego i wygłasza wykłady na temat pasji swojego życia, czyli wychowania dzieci niepełnosprawnych. Sam jest założycielem pierwszej w Japonii szkoły dla dzieci umysłowo opóźnionych.
            Profesor Saburo Shochi, który jako młody chłopiec nie został przyjęty do wojska ze względu na słabe zdrowie, uważa że receptą na długie życie jest uśmiech na twarzy i stymulowanie umysłu poprzez poznawanie nowych rzeczy. Sam w wieku 95 lat nauczył się języka chińskiego, pięć lat później rosyjskiego. Profesor Shochi jest założycielem pierwszej w Japonii szkoły dla dzieci niepełnosprawnych umysłowo.
Nigdy nie jest za późno na realizowanie marzeń!      


 

sobota, 6 kwietnia 2013

Najstarsze rodzeństwo świata – razem mają 928 lat!

            W Finlandii mieszka najstarsze, 12-osobowe rodzeństwo świata. Wywodzą się z okolic Lahti i razem mają 928 lat.  Dotychczas sądzono, że ten rekord należy się Włochom. W Księdze Rekordów Guinnessa  jako najstarsze figuruje dziewięcioosobowe rodzeństwo z Sardynii, liczące w sumie - bagatela! - 818 lat.
            Rodzeństwo Tanskanenów po prostu nie zgłaszało się do londyńskiego biura, zatwierdzającego tego rodzaju światowe rekordy. Obecnie mieszkają w rożnych częściach Finlandii, często się odwiedzają i nie tracą z sobą kontaktu. Mają w sumie 41 dzieci, 66 wnuków i 12 prawnuków.

            Jako najstarsze „dwójkowe” rodzeństwo świata zostały uznane siostry Dorothy Richards (108 lat) i Marjorie Phyllis Ruddle (105 lat). Urodziły się Northampton, w środkowej Anglii, gdzie ich ojciec prowadził fabrykę obuwia.
            Dorothy wyszła za mąż za optyka i przeprowadziła się do Stamford, gdzie prowadziła mały sklep z pamiątkami. Ma troje dzieci.
             Marjorie Phyllis związała się z lekarzem i zamieszkała w Peterborough. Gdy owdowiała powtórnie wyszła za mąż za miejscowego architekta. Ma córkę i dwóch synów.
            Obecnie obie przebywają w miejscowych domach spokojnej starości.



czwartek, 28 lutego 2013

Nowa twarz, nowe życie


               Historia Afganki Aeshy Mohammadzai została po raz pierwszy ujawniona przez magazyn Time, w sierpniu 2010 roku.  Na okładce opublikowano jej wstrząsające zdjęcie, którego autorką est pochodząca z RPA Jodi Bieber. Artystka zdobyła już osiem nagród w konkursie World Press Photo. Była też w składzie jury w 2008 roku. W swoich pracach skupia się na tematach trudnych - przede wszystkim problemach osób zamieszkujących Afrykę, szczególnie kobiet.
            Za zdjęcie Aeshy Mohammadzai w 2011 r. otrzymała główną nagrodę w World Press Photo. Stało się ono symbole walki o równouprawnienie kobiet w krajach muzułmańskich.
            Aesha Mohammadzai, gdy miała zaledwie 12 lat, została przez ojca wydana za bojownika talibów. W ten sposób spłacił swój dług. Nowa rodzina traktowała ją w sposób poniżający i okrutny, urągający pojęciu człowieczeństwa. Spała w stajni ze zwierzętami, była bita i zmuszana do najcięższych prac. Nie mogła tego znieść i w końcu uciekła od męża. Została jednak schwytana i na pięć miesięcy osadzona w wiezieniu. Sędzia w wyroku zaznaczył, że po odbyciu kary ma wrócić do męża. Tej samej nocy zabrał ją w góry. Związał ręce i nogi i jako karę za nieposłuszeństwo, obciął nos i uszy.  Została tam pozostawiona na pewną śmierć. Jakoś dotarła do domu dziadka, a ten pomógł jej przedostać się do amerykańskiej placówki medycznej. Opatrzono jej rany i przebywała tam przebywał dziesięć tygodni.
 Potem przetransportowano ją do tajnego schronu w Kabulu, a w sierpniu 2010 r. organizacja charytatywna zorganizowała 18 -letniej Aeshy Mohammadzai przelot do USA, gdzie przez 16 miesięcy przebywała w wojskowym centrum medycznym  w Bethesda. Później zajęła się nią nowojorska organizacja charytatywna  Women for Afghan Women. Wspierała ją finansowo i znalazła jej nową rodzinę. Po raz pierwszy Aesha Mohammadzai mogła uczęszczać do szkoły i uczyć się, co było jej marzeniem. 

               W tym roku amerykańcy chirurdzy przeprowadzili rekonstrukcję twarzy Aeshy Mohammadzai. Pod skórą na czole umieszczono powłokę silikonową, którą stopniowo wypełniono płynem w celu odtworzenia nosa. Wykonano również przeszczepy z  przedramion, tworząc zewnętrzną warstwę i dolną część nosa. Rany goją się bardzo dobrze i Aesha, gdzie tylko może, podkreśla swoją wdzięczność. Jest teraz szczęśliwa. 
            ONZ szacuje, że prawie 90 procent kobiet w Afganistanie cierpi wskutek przemocy w małżeństwie i rodzinie.


 

 

piątek, 22 lutego 2013

60 lat gonili swoje szczęście



            W 1941 r. czerwonoarmiejec Borys Kozłow, sekretarz koła Młodych Komunistów, wygłosił prelekcję w wiosce Borowljanka na Syberii, z której pochodził . Wśród słuchaczy była Anna i nie mogli oderwać od siebie oczu. Gdy Borys wrócił z frontu, decyzja była spontaniczna – w 1946 r.  wzięli ślub. Po trzech daniach Borys dołączył do swojej jednostki, a gdy wrócił po demobilizacji, Anna zniknęła. Dotknęły ją stalinowskie czystki, wraz ze swoją rodziną jako „wróg ludu” została zesłana w głąb Syberii. Były to reperkusje odmowy przez jej ojca pracy w kołchozie. Ślad się po niej urwał i mimo rozpaczliwych poszukiwań Borys Anny nie odnalazł.  
           Anna chciała nawet popełnić samobójstwo, uratowała ją matka. Z czasem oboje założyli nowe rodziny, ale ciągle w sercach nosili swój obraz. Borys nawet napisał książkę o swojej miłości i trzydniowym małżeństwie. Po latach oboje znów zostali sami, zmarła bowiem żona Borysa i mąż Anny. Upadek Związku Radzieckiego umożliwił jej powrót do Borowljanki, z czego skrzętnie skorzystała. Zamieszkała w swoim starym domu, gdzie kiedyś byli razem.




           W 2006 roku Borys, już 80-letni, przyjechał do rodzinnej wsi, by odwiedzić grób rodziców. Gdy wysiadł z samochodu... zobaczył Annę. Podbiegł do niej i … czas się cofnął o 60 lat!
            Mimo oporów Anny ponownie wzięli ślub, mieszkają razem i cieszą się swoim szczęściem. W ich życiu nie ma miejsca na kłótnie, szkoda im czasu, którego nie wiadomo ile im jeszcze pozostało.