Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SZCZĘŚCIE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SZCZĘŚCIE. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 października 2013

To jest rybaaa!

            56-letni Brytyjczyk Keith Williams świętował swoje urodzimy w ośrodku rybackim Gilham, w mieście Krabi (Tajlandia). A że jest zapalonym wędkarzem wybrał się na połów. Poszczęściło mu się jak nigdy! Złowił olbrzymiego karpia syjamskiego. 
              Ryba ważyła 61 kg, a walczył z nią pół godziny. To jest rekord! Zanim jednak oficjalnie zostanie uznany przez IGFA (International Game Fish Association), karp będzie dokładnie zmierzony, zważony i opisany. 
              Do tej pory rekord należy do Terry'ego Mathera, który złowił karpia syjamskiego o wadze 51 kg. Miało to miejsce w 2004 r. i co ciekawe, również w Tajlandii, na jeziorze Bungsamlan. Wyciąganie „rybki” z wody zajęło mu również około 30 minut.
             Ciekawe, czy takie „cuś” nadaje się do jedzenia...
             A jak nie, zawsze można wypchać, jakiś silniczek dołączyć i powiesić nad drzwiami w salonie. Święta za pasem, fajnie będzie jak karpik główką pokręci i zaśpiewa „White Christmas”.


 
 

wtorek, 8 października 2013

Ślub jako pożegnanie przed śmiercią

              Mieszkający w Guangdong Chińczyk Lu Lai wraz z narzeczoną He Jingjing planowali wspólne życie. Mieli dobrą pracę w samorządzie kantońskim, kupili dom.
Kobieta w 2011 r. nagle zachorowała (upadła przy swoim komputerze) i w drodze do szpitala zapadła w śpiączkę. Nigdy już nie odzyskała przytomności. Przez dwa lata przy życiu podtrzymała ją specjalistyczna aparatura. 
               W dniu kiedy He Jingjing ukończyła 28 lat, przy jej łóżku zebrała się rodzina wraz z narzeczonym. Był tort z tradycyjnymi świeczkami, a potem odbył się wymarzony przez parę ślub. Kilka godzin potem wyłączono aparaturę podtrzymująca życie kobiety. 
               Rodzina i nowo poślubiony mąż, zdecydowali, że zdrowe organy He Jingjing zostaną przekazane do banku przeszczepów.
              Ślub był zaplanowaną, ostateczną ceremonią pożegnania kobiety.


 
 

piątek, 9 sierpnia 2013

Koniec postu, czas na karnawał!

             Skończył się Ramadan, miesięczny post muzułmanów na całym świecie, również w Bangladeszu. Muzułmanie w dowodzie duchowego oddania powstrzymują się od jedzenia i picia czegokolwiek od świtu do zachodu słońca.
            Pociągi ze stolicy kraju - Dhaka (7 mln mieszkańców!) - są przeładowane do granic możliwości. 
                 Zdobycie miejsca w pociągu graniczy z cudem, zapełnione są również dachy wagonów.
              Ludzie się jednak nie poddają i wszelkimi sposobami usiłują załapać choćby skrawek wolnej powierzchni. Wszyscy bowiem spieszą do swych mieszkających w okolicy rodzin, by wspólnie świętować trzydniowy festiwal Eid al-Fitr. Jest to święto narodowe związane ze zgromadzeniami modlitewnymi zwanymi Zakatul Fitr, odwiedzają również przyjaciół i rodziny.
            W czasie festiwalu wszyscy ubierają się odświętnie, jedzą specjalnie przyrządzone potrawy, a kobiety upiększają się henną. Wśród przysmaków dominują, nic chyba dziwnego, wszelkie ryżowe kombinacje.
            Tradycją są podarunki pieniężne. Głowa rodziny każdego jej członka obdarowuje sumą równą równoważności worka ryżu. Ofiaruje się również pewne sumy na cle religijne. Zwyczajowo wynoszą one ok. 2,5% całego majątku.
             Nie można odpuścić! Liczy się nawet biżuteria żony. Mąż musi zapłacić! Albo buli z własnej kieszeni, albo żona część błyskotek musi sprzedać, by zasilić wspólną kasę.
Że też nasi księża jeszcze na to nie wpadali! Kasa do wzięcia! A to ich najbardziej kręci.


sobota, 27 lipca 2013

Pies przeżył trzy dni pod gruzami

Trzęsienie ziemi o sile 6,6 stopni w skali Richtera (wg amerykańskich danych 5,6), które nastąpiło w środkowych Chinach, spowodowało śmierć ponad 100 osób, a ponad 800 zostało rannych. 
Ognisko wstrząsów znajdowało się zaledwie 1 km pod powierzchnią ziemi, w 26-milionowej prowincji Gansu, około 150 kilometrów na zachód od miasta Tianshui, blisko miasta Dingxi.
W trzęsieniu poszkodowanych zostało osiem miast w górskich powiatach Minxian i Zhangxian. Według państwowej agencji Sinhua, ponad 5700 domów zostało zniszczonych, a 70 tys. uszkodzonych. Bez dachu nad głową zostało 27 tys. osób. 
  W miejscowości Lalu (niedaleko Dingxi) ratownicy spod gruzów zawalonego domu wydobyli psa, który przebywał tam 77 godzin, czyli ponad trzy dni. 
Przeżył pijąc wodę deszczową, która spływała w ruiny. Spowodowała jednak również osuwiska i dalsze ofiary w ludziach. Największe wystąpiło w miejscowości Nandu, gdzie zginęło 13 osób. Odnaleziono zwłoki tylko 10 osób.
Chiny dość często nawiedzane są trzęsieniami ziemi. Najpoważniejsze zdarzyło się w 2008 roku w Syczuanie. Wówczas w następstwie wstrząsów o sile 7,9 stopni w skali Richtera zginęło lub zaginęło około 90 tysięcy ludzi.






piątek, 12 lipca 2013

Turystyka dla hardcorów, czyli gdzie nie jechać na wakacje

           Wakacje w pełni! Polacy coraz bardziej ochoczo wyjeżdżają za granicę, a to za pośrednictwem biur podróży, a to prywatnie. Ceny nad Bałtykiem wołają o pomstę do nieba, a i warunki wypoczynku, delikatnie mówiąc, najczęściej „średnie”.
            W czołówce najczęściej odwiedzanych krajów świata niezmiennie królują Francja, Stany Zjednoczone i Chiny. I mimo ostatnich zamieszek – Egipt.
            Są jednak kraje, gdzie turystów jest jak na lekarstwo. Powody są rożne – bandytyzm, terroryzm, uprowadzenia, wojna, trudny dojazd, epidemie, choroby itp. Ryzyko pobytu w takich miejscach jest wielkie, ale zawsze znajdą się śmiałkowie (Naiwni? Głupcy? Ryzykanci?), którzy za nic mają wszelkie ostrzeżenia.
           Dziesiątkę najmniej polecanych na wypoczynek miejsc zamyka Afganistan. Rocznie – 17500 turystów. Jeszcze w latach 70. tłumnie odwiedzany. Teraz wiadomo – talibowie, wojna i terroryzm.
           Dziewiąte miejsce zajmują Komory, wyspiarskie państwo w północnej części Kanału Mozambickiego, leżące pomiędzy północną częścią Madagaskaru a północno-wschodnią częścią Mozambiku. Rocznie – 15000 turystów. Niewiele połączeń lotniczych, moskity i co się z tym wiąże, duże ryzyko malarii. 
            W dziesiątce znajdują się też Wyspy Marshalla (piąte miejsce), bajeczny archipelag na oceanie Spokojnym. Składa się z 1225 wysepek rozciągających się na terenie o powierzchni ponad miliona kilometrów kwadratowych. W skład państwa wchodzi 29 atoli oraz 5 izolowanych wysp. Wydawało by się, że to prawdziwy raj dla turystów! Rafy koralowe, wymarzone miejsca do nurkowania... W tej beczce miodu jest jednak łyżka dziegciu. Do lat 60. XX wieku przeprowadzano tu próby jądrowe. Obecnie dotarcie na wyspy graniczy z cudem - latają tam tylko amerykańskie linie lotnicze. Rezultat – 5000 turystów rocznie. 
             Czas na podium! Na trzecim miejscu znalazło się Tuvalu, które leży na terenie Polinezji (Oceania). Powierzchnia państwa wynosi jedynie 26 km kw. W jego skład wchodzi 6 atoli i 3 wyspy, które zamieszkuje 11 tys. mieszkańców. To miejsce, podobnie jak Kiribati (czwarta pozycja), jest zagrożone zatonięciem w skutek podnoszenia się poziomu oceanów. Rocznie – 1200 turystów. Wyspy nie leżą na trasie regularnych międzynarodowych połączeń lotniczych. Można się na nie dostać z Fidżi, a pomiędzy wyspami podróżować łodzią.
            Drugie, dyskusyjne miejsce zajmuje Somalia. Dyskusyjne, gdyż wyjazd do tego kraju, to jakby kuszenie losu. Wszechobecny głód, piractwo i przemoc są tam na porządku dziennym. Rocznie – 500 turystów. Restrykcyjne prawo szariatu i brak przez lata legalnego rządu doprowadziły kraj do chaosu. Najszybszy sposób dla osób ryzykujących podróż do Somalii to lot ze Stambułu.
             Pierwsze miejsce zajmuje Nauru. Ta niewielka, odosobniona wysepka koralowa położona jest na Pacyfiku, w Mikronezji, ok. 50 km na południe od równika. W XX wieku przeżywała rozkwit gospodarczy dzięki wydobyciu fosforytów. Jest otoczona rafą, a jej powierzchnia to jedynie 21 km kw. To najmniejsza republika na świecie. Rocznie – 200 turytów. Wyspa to właściwie jedna wielka kopalnia fosforanów, komunikacja ze światem jest szczątkowa. Lata tu tylko jedna linia lotnicza, a uzyskanie wizy graniczy z cudem, gdyż ambasad Nauru jest jak na lekarstwo.
            W zestawieniu brakuje niektórych miejsc, gdzie – wiadomo – niebezpiecznie, ale mimo wszystko ludzie ryzykują. Przykładem mogą być Brazylia czy Nigeria. Zapuszczanie się w zaułki miast nie wchodzi w rachubę, a nawet na ludnych ulicach czy plażach trzeba się liczyć z przyłożoną do gardła maczetą.
            W klasyfikacji najbardziej niebezpiecznych miast bezapelacyjnie prowadzi Ciudad Juárez (Meksyk). Tylko w ubiegłym roku w wojnach narkotykowych zginęło tam ponad 2 tysiące ludzi. Miejsca na podium zajmują również Caracas (Wenezuela) i San Pedro Sula (Honduras). Wyjść cało z takiej wyprawy to prawie cud!
           Umiesz liczyć – licz na siebie! Na litość nie ma co!



niedziela, 30 czerwca 2013

Nowa twarz, nowe życie

Amerykanin Richard Lee Morris (obecnie 38 lat), w 1997 r. chciał popełnić samobójstwo. Był narkomanem, nie potrafił sobie poradzić z nałogiem. Włożył lufę pistoletu w usta i pociągnął za spust. Przeżył, ale straszliwie okaleczony. Doznał obrażeń szczęki, zębów i języka. By go uratować i jako tako „połatać” chirurdzy pracowali 36 godzin.
Przez następne 14 lat żył jak pustelnik, ludzie na jego widok odwracali wzrok. 
              W zeszłym roku pojawiła się dla niego szansa – cykl operacji twarzy (przeszczepy) w Maryland Medical Center w Baltimore. Przez ponad rok trwały wysiłki chirurgów i skończyły się niesamowitym sukcesem. Ostatnio Richard Lee Morris na nowo nauczył się jeść, mówić, golić, a nawet umył zęby.
             Dawcą tkanek i narządów (m.in. język) potrzebnych do przeszczepów był 21-letni Jozue Aversano, którego na przejściu dla pieszych potrącił samochód i w wyniku obrażeń zmarł.


piątek, 14 czerwca 2013

Dwa dni pod wodą i przeżył

              Nigeryjczyk Harrison Okene, okrętowy kucharz, spędził 60 godzin w lodowatych wodach Atlantyku, na głębokości ok. 30 m. Oddychał powietrzem zebranym pod pokładem wywróconego holownika.
  
             29-letni Okene znalazł się pod wodą, gdy statek 30 km od wybrzeża Nigerii, „dał nura”. Odnaleziono 10 ciał marynarzy, jedna osoba wciąż uznana jest za zaginioną. Harrison Okene jest jedynym uratowanym.
              Udało mu się przeżyć, bo w jednym z pomieszczeń wywróconego statku powstała niewielka bańka powietrza. Przez dwa dni, jedynie w gaciach (był w kibelku), tkwił w wodzie i czekał na pomoc. Przedostał się do messy oficerskiej, z paneli zrobił prymitywną tratwę i jakoś przetrwał.    Znaleźli go nurkowie z południowoafrykańskiej ekipy ratunkowej. Kolejne 60 godzin spędził w komorze dekompresyjnej, gdzie jego ciśnienie ciała wróciło do normy.
               Wspomnienia, co nie dziwi, ma dość traumatyczne. - Byłem bardzo głodny, ale przede wszystkim spragniony. Słona woda zdarła skórę z mojego języka – opowiadał. Mimo absolutnej ciemności wiedział, że wokół niego znajdują się ciała jego kolegów, które zaczęły zjadać ryby.



czwartek, 6 czerwca 2013

Ten to ma szczęście!

             Niedaleko miasta Ballarat w Australii, poszukiwacz amator odkrył ponad pięciokilogramowy samorodek złota. Znalezisko ma wymiary 22 na 14 cm, a jego wartość szacuje się na 300-370 tys. USD.
Miasto Ballarat w stanie Wiktoria należy do tzw. złotego trójkąta. Obszar ten w południowej Australii, w połowie XIX wieku opanowała gorączką złota. Najbardziej znanym odkryciem z tego regionu jest samorodek zwany „Ręka Losu". Waży 27,21 kilograma i można go oglądać w kasynie Golden Nugget w Las Vegas.
              Rekordowy samorodek znajdował się 60 centymetrów pod ziemią, a mężczyzna „namierzył go” wykrywaczem metalu Minelab GTX-5000, wartym około 20 000 zł. Jak widać, inwestycja w sprzęt opłaciła się z nawiązką!
             Ręce zaciera nie tylko szczęśliwy znalazca, ale również firma Minelab. Jak było do przewidzenia, sprzedaż wykrywaczy wzrosła lawinowo!


wtorek, 28 maja 2013

Trzy razy przeżył śmierć kliniczną – twardziel czy świr?

              Krzysztof Fus… Znacie? Nie? Założę się, że tak! Niedawno obchodził 71-te urodziny, jest nestorem polskich kaskaderów. Przez 50 lat pracy wystąpił w około tysiącu filmów fabularnych, przedstawień teatralnych, dublował aktorów również w popularnych serialach. 
Podejmował się najtrudniejszych zadań, łamał sobie kości i kręgosłup, poparzeń nie liczył, trzy razy znalazł się w stanie śmierci klinicznej. Skórę na twarzy ma przeszczepioną od matki - po wypadku w 1967 r., kiedy spaliło mu twarz - na planie „Dublerów” Marcina Ziębińskiego urwało mu nogę. Jego opowieści to ból, szpitale, operacje, paraliż, rehabilitacja… Kręgosłup trzyma się na sprężynach, gdy przechodzi przez bramkę na lotnisku ciągle coś brzęczy.
Co wyczyniał w głowie się mieści! W filmie „Znicz olimpijski” skakał z kolejki linowej na Kasprowy Wierch, dwa razy skok się udał, za trzecim razem nie trafił w sosnę i z 40 metrów walnął w ziemię! Przeżył, co zakrawa na cud!
Debiutował w 1966 r. rolą marynarza w „Cała naprzód” Stanisława Lenartowicza. Później występował w „Stawce większej niż życie” czy „Trzeciej części nocy” Andrzeja Żuławskiego, współpracował na planie m.in. ze Zbyszkiem Cybulskim czy Markiem Perepeczko. W swojej karierze grał ochroniarzy, dublował Zofię Merle, wcielał się w lwa oraz krokodyla. W szczytowym okresie swojej kariery (koniec lat 70.) Krzysztof Fus uchodził za najlepszego fachowca w swojej dziedzinie.
Jego sławie towarzyszył strach, ludzie się go bali. Dotyczy to szczególnie jego czasów wrocławskich, gdy studiował na WSWF-ie. Po kilku głębszych był nieobliczalny, niebezpieczny dla siebie i otoczenia. Kopniakami wywalał drzwi, skakał po dachach, wychodził przez okno…
Krzysztof Fus jest teraz jest inwalidą i stroni od planów filmowych. Ostatnio zrobił wyjątek tylko dla Jerzego Hoffmana i jego „Bitwy Warszawskiej”, w której odpowiadał za ewolucje kaskaderskie.
Krzysztof Fus jest obecnie prezesem Filmvisage, stowarzyszenia organizującego białostocki Międzynarodowy Festiwal Zawodów Filmowych, Telewizyjnych i Teatralnych. Stowarzyszenie nagradza przede wszystkim wyrobników filmu, zazwyczaj „niewidocznych” dla widzów - m.in. scenografów czy kaskaderów.



niedziela, 12 maja 2013

Pieniądze i sława nie wszystkich odmóżdżają

             Sixto Díaz Rodríguez znany również jako Rodríguez lub Jesús Rodríguez mieszka w Detroit. Stał się bohaterem oscarowego filmu Malika Bendjelloula „Sugar Man”, nakręconego na podstawie jego niecodziennego życia, które może być przykładem, że pieniądze i sława nie wszystkich odmóżdżają. 
             Rodríguez, przez niektórych porównywany do Boba Dylana, w rodzinnym mieście nigdy nic wielkiego nie zdziałał. Jest szóstym z kolei dzieckiem meksykańskich emigrantów, rodzina żyła biednie, nawet na skraju ubóstwa. On sam pracował fizycznie, głównie przy rozbiórce domów.
            W 1967 r. nagrał pierwszy singiel „I'll Slip Away" pod pseudonimem Rod Riguez, ale płyta przeszła zupełnie bez echa. Występował w klubach nocnych Detroit i podczas jednego z występów został zauważony przez producentów, dzięki czemu podpisał kontrakt z wytwórnią Sussex Records. Jej nakładem ukazały się dwa jego albumy „Cold Fact” w 1970 i „Coming from Reality” w 1971 r. Żadna z płyt nie spotkała się z jakimkolwiek zainteresowaniem i sprzedano bardzo niewiele egzemplarzy, a w konsekwencji wytwórnia zerwała współpracę.
             Kilka lat później pirackie kopie jego płyt trafiły do Południowej Afryki. Stały się symbolem wolności i walki o tożsamość. W ciągu dwóch dekad odniosły tam niewiarygodny sukces, bijąc rekordy sprzedaży Elvisa Presley'a i Rolling Stonesów, choć sam piosenkarz nic o tym nie wiedział.
            Dwaj południowoafrykańscy fani postanowili odkryć, co naprawdę stało się z ich idolem i bohaterem. Krążyły plotki, że Rodriguez nie żyje, że popełnił samobójstwo na koncercie przez spalenie. Inna wersja mówiła, że strzelił sobie w głowę, czy że zaćpał się na śmierć. Swoiste śledztwo ujawniło, że piosenkarz żyje i ma się zdrowotnie całkiem dobrze. 
              W 1991 r. jego nagrania wydano po raz pierwszy na płytach kompaktowych. Rodriguez przyjechał do wolnej już RPA na kilka koncertów i został przyjęty entuzjastycznie. Ich zapis znalazł się na filmie „Dead Men Don't Tour: Rodriguez in South Africa 1998". Jego nagrania zaczęli samplować didżeje. W 2009 r. ukazały się w Ameryce wznowienia jego dwóch albumów. W kwietniu wystąpił na jednym z najważniejszych festiwali w USA - Coachella dzieląc scenę z Red Hot Chili Peppers i Wu-Tang Clan. Ma zaplanowanych czterdzieści następnych koncertów.
              Zyskał sławę i pieniądze. Niewiele to zmieniło w jego życiu. Dalej pracuje przy rozbiórce domów, a większość zarobionych na płytach i koncertach pieniędzy rozdał krewnym i przyjaciołom.




piątek, 3 maja 2013

Uderzenie pioruna, a porost włosów

58-letni Amerykanin Melvin Roberts, z miasteczka Seneca w stanie Południowa Karolina, może mówić o niebywałym szczęściu. Już sześć razy został trafiony przez piorun i jakoś się wykaraskał. Po raz ostatni trafiło go w zeszłym roku, gdy chował do szopy kosiarkę. 
Nieprzytomnego Robertsa znaleźli sąsiedzi i przetransportowali do szpitala. Tam szybko doszedł do siebie i o swoich „przygodach” z piorunami opowiedział dziennikarzowi lokalnej rozgłośni radiowej WYFF4.
Poprzednie uderzenia, pozostawiły na jego ciele trwałe ślady. Najgorsze były przeżycia z 2007 r., kiedy to po „walnięciu” pioruna Melvin Roberts na ponad rok wylądował na wózku inwalidzkim, gdyż uszkodzone miał nerwy w nodze. Po tym wydarzeniu pozostała mu blizna na czole. 

            Nie jest to jedyny tego rodzaju szczęściarz. W ciągu 10 lat pioruny aż pięciokrotnie uderzyły w Kubańczyka Jorge Marquez, który mieszka w La Julia. Pierwszy raz oberwał w 1982 r., gdy prowadził traktor. Skończyło się Przebiciem bębenków usznych, poparzeniami skóry na plecach i wypadnięciem plomb z zębów. W mężczyznę piorun uderzył pięć razy, w jego dom w ciągu niespełna dwóch lat, aż piętnaście razy!
Po każdym porażeniu lekarze stwierdzali, że z jego zdrowiem wszsytko w porządku. Jedyną długotrwałą konsekwencją jest to, że włosy i paznokcie Jorze Marqueza pacjenta rosną bardzo szybko.
Hmmm… Czyżby nikt jeszcze nie pomyślał o nowej terapii na porost włosów? A jakby tak delikwenta/ę podłączyć do aparatury i jebut kilka tysięcy wolt!



środa, 1 maja 2013

Przeżył dwa wybuchy bomby atomowej

            Tsutomu Yamaguchi,(ur. 16 marca 1916 w Nagasaki) to japoński inżynier, głównie konstruktor statków. Przeżył wybuchy obu bomb atomowych, zrzuconych na Hiroszimę i Nagasaki w sierpniu 1945 r. Przeżycie dwóch eksplozji jądrowych to prawdziwy cud, jednak później odkryto, że takich osób było 165. 
Yamaguchi, pracując dla koncernu Mitsubishi, został wysłany służbowo z rodzinnego Nagasaki do stoczni w Hiroszimie. W dniu 6 sierpnia 1945 r., w wyniku wybuchu amerykańskiej bomby atomowej Little Boy, doznał poważnych poparzeń, uszkodzenia słuchu, czasowo oślepł i stracił włosy. Głowica eksplodowała 3km od miejsca, w którym się znajdował, na wysokości 600 m.
Bombę zrzucono na centrum miasta (celem był most Aioi – najbardziej charakterystyczny punkt w mieście, w który załodze bombowca było łatwiej celować). Zginęło ok. 78 tys. mieszkańców, ciężko rannych było ok. 38 tys. .
Noc po tragedii, owinięty opatrunkami, spędził w schronie przeciwlotniczym. Następnego dnia powrócił do Nagasaki, gdzie przeżył drugą eksplozję bomby Fat Man, 9 sierpnia 1945 r. Stało się to akurat podczas jego rozmowy z przełożonym, któremu opowiadał o dramacie w Hiroszimie. Nikt mu nie wierzył jego opisom.
Bomba zrzucona na Nagasaki była większa, niż ta w Hiroszimie, bo miała siłę 25 kiloton. Eksplodowała w otoczonej górami dzielnicy Nagasaki, Urakami, dlatego obszar zniszczeń był ograniczony, ale ich intensywność o wiele większa. Zginęło około 74000 ludzi i tyle samo zostało rannych. Yamaguchi, jego żona i syn przeżyli i spędzili większość tygodnia w schronie przeciwlotniczym, niedaleko pozostałości po swoim domu.
Pięć dni później Japonia ogłosiła kapitulację.
W latach 80. XX w. napisał książkę o swych przeżyciach. W 2006 r. został zaproszony do wzięcia udziału w filmie dokumentalnym o 165 podwójnych ofiarach bomby atomowej. Film został zaprezentowany na forum Organizacji Narodów Zjednoczonych. Yamaguchi był aktywnym członkiem ruchu antynuklearnego.
Zmarł na białaczkę 4 stycznia 2010 roku. Miał 93 lata.




wtorek, 30 kwietnia 2013

Z ulicy do sławy

               Mieszkający „na ulicy” w Manchesterze 45-letni Steve Rimmer ma swoje pięć minut!
Na życie zarabiał grą na akordeonie i przypadkiem został dostrzeżony przez radiowców ze stacji „Manchester's 103FM”. Zaproszono go, by zagrał na żywo, gdyż nie zjawił się zafiksowany zespół.
 
             Bezdomny wystąpił jako „Squatter Stevo” i zrobił furorę wśród słuchaczy. Nie wyglądał zbyt „ciekawie”, zarośnięty, szczerbaty, w jednym bucie. Zaraz zajęli się nim styliści. Ostrzygli, paznokietki przycięli, nawet zafundowano mu sztuczną szczękę. Stacja radiowa się wykosztowała, gdyż „zabiegi opiekające” kosztowały ok. 4 tys. funtów (!).
              Co ciekawe, Steve Rimmer z zawodu jest programistą, ale w latach 80. rzucił robotę dla muzyki i od czterech lat żył na ulicy. 






         Dwa lata temu podobnie uśmiechnął się do 53-letniegoTeda Williamsa, bezdomnego z Columbus w stanie Ohio (USA). Na YouTube ukazał się filmik, na którym bezdomny trzymając w rękach kawałek tektury, prosi o pomoc. Był alkoholikiem i narkomanem, przez wiele lat żył w schroniskach dla bezdomnych albo na ulicy. Kilka razy trafił do więzienia. Kiedy ostatni raz został aresztowany, jako swój adres podał „ulice Columbus”. Zerwał z nałogami, ale wciąż był bezdomny.
Pasażer jednego z samochodów mówi, by zapracował na swojego dolara. Okazało się, że Ted Williams ma niesamowicie radiowy głos!
              W ciągu trzech dni to wideo z Williamsem w roli głównej miało ponad milion odsłon na YouTube. Do tego doliczyć trzeba jeszcze filmiki wrzucane przez innych użytkowników, które również obejrzały setki tysięcy osób. Pracodawcy ustawili się do niego kolejce. W ciągu 24 godzin do Teda zgłosiło się aż 10 rozgłośni radiowych i stacji telewizyjnych. Przyjął propozycję pracy w klubie Cleveland Cavaliers i gdzie będzie wygłaszał komunikaty podczas meczów koszykówki.
              Nie dość tego, towarzystwo kredytowe Ohio Credit Union League proponuje mu 10 tys. dolarów za jedno nagranie. Współpracą zainteresowane są także stacje MTV i ESPN, a także Radio Pensylwania.

czwartek, 25 kwietnia 2013

Ironia losu – ryzykował życiem, umarł po poślizgnięciu na skórce pomarańczy

           Bobby Leach (ur. 1858 w Cornwall , Wielka Brytania , zm. 26 kwietnia 1926 r. w Nowej Zelandii) był drugą osobą, która pokonała wodospad Niagara w beczce (1911 r.).Efektem tego wyczynu było złamanie kości w obu kolanach i szczęki, co skończyło się sześciomiesięcznym pobytem w szpitalu. Ale przeżył i to było najważniejsze!
           Udało mu się to po kilku próbach, w jednej z nich o mało się nie przekręcił. Uratował go miejscowy marynarz William „Red" Hill, nieprzytomnego wyciągając z beczki.
Pierwszą osobą, która w „pojemniku” pokonała Niagarę była kobieta (!) - Annie Taylor. 
             
              W przeciwieństwie do niej Bobby Leach, starał się odcinać kupony i wyruszył w trasę po Stanach Zjednoczonych z karkołomnymi pokazami. Opowiadał, pozował z beczką do zdjęć, gwiazdorzył.
             W 1920 r., już po sześćdziesiątce, wrócił nad Niagarę. Skoczył do wodospadu używając spadochronu i powtórzył ten wyczyn w 1925 r. W obu przypadkach Leach wylądował na polach kukurydzy na ziemi kanadyjskiej, w pobliżu Niagara Gorge.
            W 1926 r. Bobby Leach, gdy reklamował się w Nowej Zelandii, poślizgnął się na skórce od pomarańczy (inna wersja mówi, że był to banan) i złamał nogę. Przyplątała się gangrena i kończynę trzeba było amputować. Pomimo ekstremalnego leczenia, Bobby Leach zmarł dwa miesiące później.
            Cóż... Jak ktoś ma pecha, to mu w drewnianym kościele cegła na głowę spadnie!


            

czwartek, 28 lutego 2013

Nowa twarz, nowe życie


               Historia Afganki Aeshy Mohammadzai została po raz pierwszy ujawniona przez magazyn Time, w sierpniu 2010 roku.  Na okładce opublikowano jej wstrząsające zdjęcie, którego autorką est pochodząca z RPA Jodi Bieber. Artystka zdobyła już osiem nagród w konkursie World Press Photo. Była też w składzie jury w 2008 roku. W swoich pracach skupia się na tematach trudnych - przede wszystkim problemach osób zamieszkujących Afrykę, szczególnie kobiet.
            Za zdjęcie Aeshy Mohammadzai w 2011 r. otrzymała główną nagrodę w World Press Photo. Stało się ono symbole walki o równouprawnienie kobiet w krajach muzułmańskich.
            Aesha Mohammadzai, gdy miała zaledwie 12 lat, została przez ojca wydana za bojownika talibów. W ten sposób spłacił swój dług. Nowa rodzina traktowała ją w sposób poniżający i okrutny, urągający pojęciu człowieczeństwa. Spała w stajni ze zwierzętami, była bita i zmuszana do najcięższych prac. Nie mogła tego znieść i w końcu uciekła od męża. Została jednak schwytana i na pięć miesięcy osadzona w wiezieniu. Sędzia w wyroku zaznaczył, że po odbyciu kary ma wrócić do męża. Tej samej nocy zabrał ją w góry. Związał ręce i nogi i jako karę za nieposłuszeństwo, obciął nos i uszy.  Została tam pozostawiona na pewną śmierć. Jakoś dotarła do domu dziadka, a ten pomógł jej przedostać się do amerykańskiej placówki medycznej. Opatrzono jej rany i przebywała tam przebywał dziesięć tygodni.
 Potem przetransportowano ją do tajnego schronu w Kabulu, a w sierpniu 2010 r. organizacja charytatywna zorganizowała 18 -letniej Aeshy Mohammadzai przelot do USA, gdzie przez 16 miesięcy przebywała w wojskowym centrum medycznym  w Bethesda. Później zajęła się nią nowojorska organizacja charytatywna  Women for Afghan Women. Wspierała ją finansowo i znalazła jej nową rodzinę. Po raz pierwszy Aesha Mohammadzai mogła uczęszczać do szkoły i uczyć się, co było jej marzeniem. 

               W tym roku amerykańcy chirurdzy przeprowadzili rekonstrukcję twarzy Aeshy Mohammadzai. Pod skórą na czole umieszczono powłokę silikonową, którą stopniowo wypełniono płynem w celu odtworzenia nosa. Wykonano również przeszczepy z  przedramion, tworząc zewnętrzną warstwę i dolną część nosa. Rany goją się bardzo dobrze i Aesha, gdzie tylko może, podkreśla swoją wdzięczność. Jest teraz szczęśliwa. 
            ONZ szacuje, że prawie 90 procent kobiet w Afganistanie cierpi wskutek przemocy w małżeństwie i rodzinie.


 

 

piątek, 22 lutego 2013

60 lat gonili swoje szczęście



            W 1941 r. czerwonoarmiejec Borys Kozłow, sekretarz koła Młodych Komunistów, wygłosił prelekcję w wiosce Borowljanka na Syberii, z której pochodził . Wśród słuchaczy była Anna i nie mogli oderwać od siebie oczu. Gdy Borys wrócił z frontu, decyzja była spontaniczna – w 1946 r.  wzięli ślub. Po trzech daniach Borys dołączył do swojej jednostki, a gdy wrócił po demobilizacji, Anna zniknęła. Dotknęły ją stalinowskie czystki, wraz ze swoją rodziną jako „wróg ludu” została zesłana w głąb Syberii. Były to reperkusje odmowy przez jej ojca pracy w kołchozie. Ślad się po niej urwał i mimo rozpaczliwych poszukiwań Borys Anny nie odnalazł.  
           Anna chciała nawet popełnić samobójstwo, uratowała ją matka. Z czasem oboje założyli nowe rodziny, ale ciągle w sercach nosili swój obraz. Borys nawet napisał książkę o swojej miłości i trzydniowym małżeństwie. Po latach oboje znów zostali sami, zmarła bowiem żona Borysa i mąż Anny. Upadek Związku Radzieckiego umożliwił jej powrót do Borowljanki, z czego skrzętnie skorzystała. Zamieszkała w swoim starym domu, gdzie kiedyś byli razem.




           W 2006 roku Borys, już 80-letni, przyjechał do rodzinnej wsi, by odwiedzić grób rodziców. Gdy wysiadł z samochodu... zobaczył Annę. Podbiegł do niej i … czas się cofnął o 60 lat!
            Mimo oporów Anny ponownie wzięli ślub, mieszkają razem i cieszą się swoim szczęściem. W ich życiu nie ma miejsca na kłótnie, szkoda im czasu, którego nie wiadomo ile im jeszcze pozostało.